poniedziałek, 3 sierpnia 2009

o pustyniach rzecz, odsłona pierwsza

Ahlan wa sahlan [czytać z polska - przyp. Autora],

Minęły już trzy tygodnie mojego pobytu w Syrii, a czuję się zadomowiony na dobre. Niestety, mój żołądek tego nie czuje - po zatruciu, które mnie nawiedziło na wędrowaniu po górach było w porządku, jednak zaczyna mnie pobolewać, jak przed wycieczką. Ilekroć upierdliwy skurcz przeskoczy przez mój układ pokarmowy widzę tego gościa od falafli , co to z fajkiem w jednej ręce i ogórkiem falaflowym paraduje. Chwilę potem wydaje mi resztę w banknotach które wyglądają, jakby same w sobie towarzystwem czyjegoś rozstrojenia żołądkowego były, potem znowu pełen wigoru chwyta kolejne kapusty i grochy do kolejnego falafla.
W tym odcinku o końcu praktyki, wycieczce do starożytnej miejscowości Palmira , rowerze oraz o kobietach i mężczyznach. Miłego!

Czego tu (nie)uczą, część 1
Zdarzyło mi się w tym czasie ukończyć moją praktykę, za które to nieludzkie trudy uraczon byłem certyfikatem po arabsku. Poprosiłem o wersję angielską, co by wiedzieć, za co mi dziękują i czego dowiodłem swoją niezłomną postawą. Powiedziano mi, że nie mają w tej chwili nikogo, kto mógłby to dla mnie zrobić, ale skoro tak mi zależy, mogę przetłumaczyć sobie sam. A więc spędziłem kilka chwilek z kolegą Safwanem z Jemenu popijając je bezalkoholowo i tłumacząc. Doprowadziliśmy mnie do napadu śmiechu, kiedy odcyfrowaliśmy fragment, w którym dziękują mi za obecność, grzeczność, ciężką pracę i chęć nauki. Przygotowany szablon zaniosłem na wydział, nakserowaliśmy tam loga uniwersytetu i zanieśliśmy do przełożonych. Zły dziekan nie chciał przypieczętować swego nazwisko, zostawił tylko podpis. Powiedział, że wymagany jest tłumacz przysięgły do jego pieczątki. Dodatkowo, zostałem poproszony o przygotowanie bardziej reprezentacyjnego certyfikatu, otrzymałem kilka clipartów z logiem uniwersytetu na pendrive. Wykorzystałem szablony z OpenOffice'a, przygotowany dokument zaniosłem, podpisać go miało parę osób, jedną z nich miał być nieprzychylny mi dziekan. I tym razem miał wątpliwości. Jak się okazało, facet po prostu nie zna angielskiego i nie wie, co podpisuje. Pozostałe osoby przypieczętowały i podpisały bez problemu.



Dochodzę właśnie do wniosku, że ani razu nie wspomniałem konkretnie na czym ta moja praktyka polegała. Otóż de facto oferta mojej praktyki została po prostu przeoczona. W zamian za to władze wydziału potworzyły popisowe grupy dla studentów z Trzeciego Świata i okolic. Grupy te miały po kilka dni zajęć w każdym z ciekawszych laboratoriów, jakim dysponuje Dżama Tishreen [uniwersystet Tishreen - przyp. autora]. Półtorej godziny zajęć każdego dnia. Niestety, obcokrajowców z krajów niearabskich na Wydziale Mechanicznego i Elektronicznego Inżynierstwa okazało się być tylko kilku, więc postanowili o nich najwyraźniej zapomnieć. Więc kiedy przyjechałem, doczepili mnie do mówiącego po polsku doktora Ali Ali, a on zaoferował mi bezgraniczną wolność. W to mi graj, jak już pisałem, zdecydowałem się uczestniczyć w zajęciach działającej grupy dla Egipcjan, jednakże z powodów rozlicznych wyjazdów (na które naturalnie dostawałem przyzwolenie) i spóźnionego dołączenia uczestniczyłem w 5 zajęciach z 14.

W ramach uczestnictwa w praktykach "dowiedziałem" się, czym jest pole komutacyjne, modulacja FM i AM, jak zrobić licznik w VHDLU, jak zrobić licznik w assemblerze (tego nie robiłem wcześniej), czym jest dopasowanie falowodów oraz podobne - zasadniczo ze zdecydowaną większością zagadnień spotkałem się już na ukochanej Politechnice Warszawskiej.


Ciekawostka :
Pierwszy dzień moich zajęć, grupa ma już może siódme, spodziewam się pewnych oporów natury zapoznawczej. Wchodzę jakby nic, witam się, dowiaduję się, że oczekują mnie tu już jakiś czas. Siadamy wokół nowych, cyfrowych oscyloskopów podpiętych pod falowody, obserwujemy sygnały, mierzymy moc, liczymy współczynniki. Jeden z kolegów ciągle trzyma chusteczkę przy nosie.
- Chcesz może nową? W razie czego pytaj, mam sporo - oferuję się koledze, prawdopodobnie Egipcjaninowi.
Po zajęciach zapoznaję się bliżej z sympatycznym Safwanem z Jemenu, który tłumaczył mi w trakcie zajęć to, co mówił grupie nieanglojęzyczny wąsaty inżynier.
- Bardzo mi miło, Miszel z Polski - przedstawiam się.
- Safwan Galal Alwan, Jemen, Salaam.
- To już wszyscy z twojej rodziny ? - reaguję na litanię, silę się na dowcip.
- No masz tu dwóch, Safwan to ja, a Galal to mój ojciec - dowcip nie został zrozumiany.
- Hehe, dzięki za tłumaczenie tego wszystkiego. Niestety nie ma żadnej grupy dla niemówiących po arabsku, więc przyszedłem sobie do Was, trochę powodowany ciekawością, trochę zaś chcąc coś zrobić pożytecznego, w końcu mi za to płacą.
- To fajnie, czekaliśmy na ciebie od wczoraj, czemu nie przyszedłeś? - zapytuje mnie nowy kolega.
- Otóż próbowałem, ale się spóźniłem i nie wyszło mi zupełnie.
- Wiesz, Egipcjanie z grupy obawiali się ciebie. Jeden z nich nadal nie może się zrelaksować - informuje mnie mieszkaniec Jemenu.
- O czym Ty w ogóle mówisz, który i czemu !? - me zdumienie nie posiada granic.
- Zauważyłeś pewnie, że jedeni z nich ciągle trzyma chusteczkę przy nosie. Boi się że zarazisz go świńską grypą.
- !!??
- Na dodatek dzisiaj kaszlałeś w trakcie zajęć i miałeś katar.
- Codziennie rano tak mam, to przez klimatyzację na uniwersytecie..
Zaskoczenie ustąpiło miejsca woli uspokojenia przestraszonego Egipcjanina - podszedłem do niego chwilę po rozmowie z Safwanem, zachowując odpowiedni dystans wytłumaczyłem mu, żeby się nie martwił, że jestem zdrowy, że w Europie to było kilka przypadków zakażenia nowym wirusem, że osoby chore miały kontakt z Meksykiem, że mi tam ostatnio nie było po drodze.
Swoją drogą, chciałbym tutaj poruszyć ten temat w kontekście religii muzułmanów. Otóż daleko mocniej i częściej zwracają oni uwagę na praktyczny wymiar tekstów umieszczonych w Koranie , zwłaszcza tych dotyczących kwestii związanych z higieną, jedzeniem, piciem - ogólnie z ziemskim bytowaniem. Stoi w ich świętej księdze, że powinni się myć pięć razy dziennie, tak też swojego czasu robili. Ponoć dzięki temu uchowali swoje kraje przed pogromem, jaki niosły ze sobą średniowieczne epidemie mające miejsce w Europie. Są z tego faktu bardzo dumni. Pierwsze medialne doniesienia o świńskiej grypie odebrane zostały przez islamski świat jako kolejny dowód na wyższość ich ksiąg nad księgami z innych religii. Zakaz picia alkoholu istniejący w Koranie też jest tak interpretowany - ma on ocalić kraje arabskie przed zagładą, która niechybnie dopadnie Stary Świat.


Rozmowy przy szaju i achłie, część 3
Okupujemy w pięciu stolik w młodzieżowej restauracji w Assalamieh. Czyli w Salamiji. Kolorowe światła, grupki szesnastolatków oczadzających sobie drogi oddechowe argilami , uspokajający widok ulicy pomalowanej poświatą zachodzącego słońca. Na okolicznych dachach czyhają spowite w hadżaby Arabki, leniwie gaworząc i oczadzając swoje dorosłe drogi oddechowe.. Szesnastolatkowie siedzą
pogrupowani podle płci, brak stolików przy których można by spotkać "mieszane" towarzystwo. Zamówiony szisz okazał się być tym samym, co kebab , shwarma i chicken - grillowana pierś z kurczaka z frytkami i sałatka, podane na talerzu wymoszczonym pitą.


- Za 20 minut przyjdzie tu moja dziewczyna - oznajmia mi dwudziestopięcioletni Nauer. Najbardziej satysfakcjonujące go brzmienie imienia uzyskałem wypowiadając z angielska nowhere.
- Świetnie, ileż można siedzieć w męskim gronie i pić bananowo-marchwiowe koktajle - żartuje Chris.
Po pewnym czasie, być może dającym się wyrazić przez 20 minut, Nauer stuka mnie w ramie.
- Jest już tutaj, siedzi za nami - dzieli się ze mną.
- Gdzie, gdzie, tam? Ach, halo, salaam alaykum, hej!! - z wrodzonym sobie wyczuciem daję znać dziewczynie Naura o sobie.
- ĆĆśśśśśś, człowieku, no co ty! - chwyta moje ręce i ucisza mi gębę główny zainteresowany.
Zaczyna do mnie docierać, że popełniłem pewną gafę.
- Ale.. pokłóciliście się ostatnio, czy coś? - naiwnie próbuję się wyratować.
- Nie, po prostu nikt nie może widzieć, że spędzamy czas razem.
- Hey men, przecież wszyscy o tym wiedzą. A przynajmniej już teraz. Sorry za tę niedyskrecję, no ale nam powiedziałeś, że to Twoja dziewczyna. Ona siedzi tam z dwoma koleżankami, one też wiedzą. To co, ci pozostali kilkunastoletni chłopcy i dziewczynki nie mogą was widzieć? - pikantne uczucie gafy zaczyna się przemieniać w oślizgłą ciekawość.
- Nikt nie może widzieć, że się spotykamy. Wie pewnie dużo osób. To nie jest jeszcze moja narzeczona. Ktoś zobaczy, od razu doniesie rodzinie, będziesz po wszystkim. Rozejrzyj się, tu nie ma stolika, przy którym siedzą ludzie obojga płci - cierpliwie wyjaśnia mi Nauer.
Świadom niestosowności zachowania postanawiam zamknąć gębę. W ciągu najbliższych kilku minut dziewczyna Naura wraz z koleżankami przesiada się do innego stolika, położonego w bardziej widocznej części restauracji. Nauer ciągle pisze coś na swojej stacji ruchomej. [a tak, Mili, uczmy się poprawnej terminologii - przyp. autora]. Ciekawość przestaje być śliska, wyschła, wyparowała. Zaczyna mnie parzyć od wewnątrz.
- Czemu ona zmieniała stolik? - pytam wprost.
- Poprosiłem ją o to w SMSie, chciałem ją lepiej widzieć - odpowiada mi wprost.
Można by rzec, że moja szczęka wypadła wprost na krzesło, z którego potem na dodatek spadła.
- Ciągle z nią esemesuję teraz, niestety w nowym miejscu, gdzie siedzi, nie działa jej bluetooth. Wcześniej używaliśmy chatu na komórkę, jednak teraz muszę słać wiadomości tekstowe, kończą mi się unity [jednostki, za które się dzwoni posiadając w Syrii telefon na kartę - przyp. autora].


Zostaliśmy w restauracji jeszcze przez jakieś pół godziny, przez ten czas dyskretnie obserwowałem flirtującą ze sobą parę. Ukradkowe spojrzenia, uśmiech, kiedy spojrzenie się spotka. Stukot palców tworzących miłe słówka, być może komentarze odnośnie mojej małej gafy, kolejne spotkania. W końcu musieliśmy już iść, dziewczyny zostały na miejscu. Nauer twierdzi, że w tym momencie oni są po
prostu flitującą ze sobą parą. Mogą spotkać się i porozmawiać, ale powinno to się odbyć w domu jednego z nich, przy obecności członka rodziny. Ewentualnie nie w domu, wtedy członek ów towarzyszy parze przy spacerze. W praktyce ponoć za owego członka chętnie widziany jest najmłodsze z rodzeństwa. Nauer twierdzi jednak, że procedura umawiania się na wspólne wyjścia jest zbyt skomplikowana, a on nie chce od razu informować całej swojej i jej rodziny. Zamiast tego dzwonią do siebie, mailują, czatują, piszą SMSy i siedzą w kafejkach przy oddzielnych stolikach




Czytającym należą się pewne słowa wyjaśnienia. Nie wszyscy muzułmanie tak robią. Na wycieczce w górach spotkałem parę trzydziestoletnich piewców Koranu, którzy byli jawnie przeciwni mechanizacji i standaryzacji procesu poznawania się ludzi, zakneblowania gwiżdżacej przez nastoletnie uszy ciekawości drugiej płci i wrzucenia tego rozpaczającego tłumoka do śliskiego i pochylonego koryta, które prowadzi tylko do jednego. Do ślubu naturalnie. Wtedy to kneble rozwiązujemy, rozcinamy gestem aleksandrowym pęta ściskające żywą potrzebę obcowania z drugim człowiekiem, stawiamy przed sobą dwójkę nowożeńców, prezentujemy ich sobie na zasadzie "Hej, Ali, poznaj Shazzę, będziesz teraz z nią szczęśliwy do końca swych dni". A wtedy oni przecierają nieprzyzwyczajone do blasku wolności oczęta, podążając wzrokiem w te miejsca, do których podążać nie mogli, chwytają się za ręce i wykonują swój pierwszy, niepewny krok. Bo i od tego leżenia i mięśnie zanikły, ścięgna się ściągnęły i krzyże rozbolały..

No okej, para nie wyraziła się w ten sposób, a ja robię z siebie chińską podróbkę, imitację bazarową Kapuścińskiego, co to go wczoraj w hamaku i o skwarze skończyłem. Poznani ludzie co prawda byli trzydziestoletni, a bariery wiekowe mają tu pewnikiem znaczenie zasadnicze. Oni więc chodzili za sobą za rękę po ulicach przed ślubem, dawali sobie buzi i wyszydzali bezrozumnie implementowane reguły. Bo można to rozumieć w ten na przykład sposób, jaki przedstawił mi Nauer - reguł odgórnych zasadniczo nie ma - wszystkie te obyczaje i zachowania są wzięte żywcem z Koranu, ale wzięte zazwyczaj lata temu. Ludzie zmieniali miejsce zamieszkania, pracowali ciężko w nowych miejscach, większych miastach, nie znali sąsiadów i nie dbali o to, co oni powiedzą, nie mieli czasu na kultywowanie prawd wcześniej powziętych, zapominali, śluby pośpiesznie brali, bez uchylania czoła zasadom, przed którymi zginali się ich ojcowie. I tylko kiedy dzieci się porodziły, świadomi odpowiedzialności i swej ludzkiej słabości przypominali sobie prawdy ojcowe, zdmuchiwali z nich warstwę kurzu i, krztusząc się, powtarzali je dzieciom. Ale dzieci uczyły się już w koedukacyjnych gimnazjach, oglądały MTV i chatowały przez bluetooth. Więc i nie rozumiały, a widziały tylko srogość ojca, który to ni stąd ni z zowąd zaczął żądać respektowania tradycji i zabronił pokazywać się z dziewczyną na ulicy bez uprzedniej zgody i obecności jednego ze starszych. Niemniej jednak nie protestowały - poruszenie ojców było zbyt powszechne, można mieć wrażenie więc istnienia pewnego naturalnego prawa, które tak nakazuje. Stąd po tej gorzkiej litanii Nauer zapytany, czy się z tym zgadza, powiedział, że "Dobrze jest, jak jest". Do Europy by jednak wyjechał, po byle co, po studia, żonę, do pracy. I tak z nimi jest - żyją swym życiem, cieszą się i kłócą, ale do Europy to by zawsze wyjechali. I próbują pukać do szwedzkiej ambasady, zapytani o to, czego chcą, odpowiadają, że "do Europy", ale to za mało, słyszą pytania, np. "ale po co, na studia, do pracy"? No to biorą to - "Tak, na studia, potem do pracy". Nie są przekonujący, ambasada odmawia, czasem wręcz wzywa policję. Czemu wzywa policję? Bo Arab jest inny, niż Europejczyk. Arab nawet kiedy nie wie czegoś, zawsze spróbuje Ci pomóc. Szukałem warsztatu rowerowego, pierwszy gość narysował mi mini mapkę. Kolejni pokazywali trochę inne kierunki, ale zbliżałem się. Po sporym łuku. Jeden najwyraźniej nie wiedział, bo pokierował mnie w drugą stronę. Nie wiedział, ale tego nie powiedział. Oczekują pewnie tego samego. Ambasada widzi, że Arab nie ma planów, chce po prostu wyjechać do Starej Ziemi. Odmawia, nie mówiąc czemu. Arab się złości, bo widzi, że nawet nie próbuje mu się pomóc. Wie, że nie dostanie wizy, bo nie ma argumentów, ale oczekuje chociaż wskazówki, ręki wskazującej kierunek, nieważne, czy dobry. Nie ma łatwo do Europy.

Takie rzeczy usłyszałem w Assalamieh , małej miejscowości leżącej na pograniczu pustyni i wybrzeża.


Turystyka tu i ówdzie, część 3
Mówiący po polsku doktor Sair zaoferował się do pomocy przy organizacji kilkudniowej wycieczki do jednego z must-see w Syrii - ruin starożytnego miasta Palmira. Mieliśmy pojechać do szyickiej miejscowości Hama , słynnej z ortodoksyjności muzułmanów tam żyjących oraz starożytnych kół wodnych zwanych naura , wynoszących wodę na akwedukty i rozlewającej ją wokół. Naprędce dodam, że baaardzo skrótowo rzecz ujmując szyici to mniejszościowy odłam islamu, słynący z pełnej prześladowań i goryczy historii, bardziej przestrzegający reguł zapisanych w Koranie niż będący większością sunnici. Postaram się stworzyć oddzielną notkę poświęconą temu zagadnieniu. W Hamie spotkaliśmy się z mówiącym słabo po angielsku kuzynem doktora Saira. Mieliśmy jechać tam z Egipcjaninem Sherifem, jednakże w ostatnim momencie chłopak zrezygnował, niebawem miał odlatywać do ciepłych krajów, więc nie zdążyłby załatwić wszystkiego. Dobrze wyszło, gdyż podróżując bez niego mieliśmy okazję zbliżyć się do ludzi i wysilić się bardziej próbując dać im do zrozumienia, o cóż to nam chodzi i jaki konkretnie kebab chcemy kupić. Krewniak o niemożliwym do zapamiętania imieniu zabrał nam busem do miejscowości Assalamieh [Salamija po polsku czytając - przyp. Autor] , gdzie mieszkał wraz z rodziną i gdzie mieliśmy spać. Podczas tej 45 minutowej podróży dane nam było ujrzeć zaczątki pustyni - Hama i Assalamieh leżą w obszarze pomiędzy "prawdziwymi" syryjskimi pustyniami a wybrzeżem wraz z Latakią , w które stacjonuję.



Welcome to Syria! Nawet góry witają cię tu w ten sposób. Przypomina mi się fragment z Pratchett'a, gdzie sosny uznały, że ludzie ścinają je po to, by licząc ilości słojów w pniu oszacować ich wiek. Chcąc ocalić swe żywota zaczęły wypisywac na korze liczby, które wskazywały ilość lat. Ludzie zaczęli ścinać jeszcze więcej tych drzew, gdyż drewniane liczby świetnie nadawały się na tabliczkę oznaczającą numer domu.



W Salamieh spędziliśmy bardzo klawy wieczór i dzień kolejny. Pogadaliśmy z chłopakami (patrz Rozmowy przy szaju i achłie, część 3 w tej notce), pojechaliśmy na dłużej do Hamy w której chodziliśmy, podziwialiśmy pałac pewnego nieżyjącego już od dawna Turka, zajrzeliśmy do galerii artysty malarza, zakupiliśmy pierwsze oryginalne arafatki (ciekawostka : Serbowie nazywają ja palestynkami, Arabowie po prostu chustami), zwiedziliśmy najbliższy Qualat [zamek - przyp. Autor], pojechaliśmy motorami na kolację w klimatycznej restauracji na wzgórzu, następnie na jeszcze bardziej klimatyczne wzgórze. Swoją drogą i zamek i wzgórze z ławeczkami, na których siedząc można podziwiac panoramę miasta wraz z ideą podróży tam na motorze to randka idealna. Szkoda, że oni tego raczej z tego nie korzystają.







Na uwagę zasługuje technika, w której wykonane jest owe dzieło. Otóż malarz pomieszał kilka barw z drobno zmielonymi ziarnami arabskiej kawy, nadając całości ciekawy i hm, pobudzający charakter.






Naur stoi przy dziurze która jest głęboka na jakieś 80 metrów, nie udało mi się wychylić na tyle, żeby dojrzeć dno. Ponoć na dnie jest (był?) tunel prowadzący do pewnego miejsca w Salamiji (10 km), a stamtąd prowadzący do Palmiry (200 km). Tunel pełnił funkcję zaopatrzeniową.


Wieczorem naszego drugiego dnia w Asalamieh dowiedzieliśmy się, że z racji tego, że jest piątek, nie uda nam się pojechać do Palmiry autobusem czy minibusem. Postanowiliśmy pojechać tam... taksówką. Ponad 200 km. Znajomy Naura był taksówkarzem, zaśpiewał nam 2000 SYP = 40 USD, naturalnie za trzech. Wyruszyliśmy o 23, podróż miała trwać 2,5 godziny, brat Naura o niemożliwym do zapamiętania imieniu postanowił jechać z nami, raz że przez gościnność, a dwa, że dla bezpieczeństwa - w trakcie nocnej jazdy kierowcę mógłby zmorzyć sen, bo za dużo to byśmy z nim nie pogadali, a nasz dobrodziej miał z nim ciągle mówić.

Taka kombinacja niestety uniemożliwiła nam jakiekolwiek sen w trakcie podroży. Jednak jazda samochodem przez prawdziwą pustynię o północy, arabskie piosenki i spoglądanie na niebo gwiaździste przez tylną szybę samochodu po położeniu potylicy na tylnym oparciu warte są nie spania. Jako że względnie wykosztowaliśmy się na taksówkę, mieliśmy nie spać tej nocy, tylko po zostawieniu gdzieś bagażu ruszyć w ruiny jeszcze nocą. Niestety po drodze przydarzył się nieprzyjemny incydent - kolega Rolando Garcias miał gwałtowny napad strachu. Objawiło się to tym, że zaczął się czuć, jakby miał atak serca. Jak nam później nie była to dla niego pierwszyzna, mimo że od ostatniego problemu o takiej skali minął ponad rok. Zażądał od nas, byśmy jechali do szpitala. Udało się ustalić, że owszem, jedziemy do szpitala, ale do Palmiry, gdyż byliśmy mniej więcej w połowie drogi, więc nie było sensu, by wracać. Zadzwonił do Hiszpanii, do mamy. Po półtoragodzinnej rozmowie, świadomość wzięła górę, uspokoił się, ale postanowiliśmy zatrzymać się w hostelu.

Hostelowe warunki były podłe, ale cieszyła praktyczna znajomość języka angielskieego, którą wykazali się właściciele.

Ruiny postanowiliśmy zacząć zwiedzać skoro świt. Raz, że na pewno będzie pięknie, a dwa że na pewno nie będzie gorąco. Dwie godziny snu w hostelu, zakupione 3 litry wody na głowę i ruszamy!


Beduin! Prawdziwy! Prawdziwy? Podjechał do nas na rączym wiełbłądzie i zagadał po beduińsku ."Camel ride, sir? For you only ten dollars". Nie widząc entuzjazmu na naszych niewyspanych twarzach w ciągu piętnastu sekund obniżył cenę 5 razy. Nie skorzystaliśmy.





Myślę, że Jezusowa Korona była zrobiona z czegoś takiego. Strasznie wredne suchorośla.











Beduin pełną gębą. Jeden ze sprzedawców chcąc sprzedać mi bardzo podobną chustę powiedział, że ta moja jest dla kobiet. Ubodło mnie to i pytałem Arabów, co myślą o tej mojej. Większość powiedziała, że chusta jest unisex.


Dzisiejsza Palmira wygląda mniej więcej tak :



Restauracja w której się stołowaliśmy słynęła z pysznych naleśników i międzynarodowych znajomości. Między innymi nasi tu byli.


Skąd unikalna świetność Palmiry, wielka ilość dobrze zachowanych ruin na sporym terenie (z arabska jest to Tadmor)? Pierwsze wzmianki o tym miejscu dotyczą dwóch tysięcy lat BC. Otóż jeszcze w okresie przedchrystusowym była to miejscowość leżąca na handlowym szlaku Indie(Azja) - Europa. Została uformowana i rozbudowana z rozkazu Aleksanra WielkiegoOsiedlało się tu wielu obrotnych ludzi między innymi Fenicjanie, którym zbrzydło żeglowanie. Powstające budowle hołdowały antycznym konstrukcjom, ponoć w bardzo nowoczesny jak na tamte czasy sposób rozwiązano kwestie irygacyjne - gęsta sieć akweduktów i zbiorników oplotła okolicę. Rozszerzając zasięg swojego imperium, w drugim wieku naszej ery Rzymianie dosięgnęli Palmirę. Byli jednak tak zauroczeni stanem miasta, że miast niszczyć nadali jej pewien stopień autonomii, kontynuowali rozbudowę sieci akweduktów, zbudowali kilka świątyń. Po pewnym czasie zadowolony cezar nadał Palmirze status kolonii rzymskiej, zwiększając jej niezależność jeszcze bardziej, nadając mieszkańcom takie same prawa, jakie posiadali Rzymianie. Położona niedaleko Damaszku, urocza i ważna dla handlarzy uchowała się w trakcie najazdów wojsk nieprzyjacielskich, ostatecznie jednak przejmuje ją w roku 634 Khaled ibn al-Walid , buduje tam świątynie Bela , jednak wielkie trzesienie ziemi powoduje, że mieszkańcy opuszczają to miejsce, które prędko znika pod warstwą pustynnego pyłu, aby zostać odkryte i objęte ochroną w okolicach 17 wieku AD.

Wartym zwrócenia uwagi jest obecny stan Palmiry. Na terenie ruin zastaliśmy sporadyczne grupki turystów (m.in. czterech Amerykanów z IAESTE) oraz wyjątkowo upartych gości na wielbłądach poprzebieranych za Beduinów i namawiających nas na camel ride . Na ulicach sprzedawcy zdawali się znać zwroty grzecznościowe z takich egzotycznych krajów jak np. Norwegia. Niektórzy całkiem sensownie mówili po polsku. Otóż przed 11 września 2001 miejsce to było głównym skupiskiem turystów w Syrii, wybudowano wielką ilość hosteli, barów, restauracji. Niestety, po ataku na wieże World Trade Center biznes ten podupadł, konkurencja jest zażarta i, zgodnie z przewodnikiem Lonely Planet , nieuczciwa. Nie zaznaliśmy tego, ale ponoć zdarza się usłyszeć od kelnera restauracji, że w tym a tym hostelu pokoje śmierdzą i są karaluchy, a w tym drugim, do którego chętnie zas zaprowadzi, to już tylko atłasy i tygrysy na łańcuchach. Napotkani turyści plasowali się w przedziale wiekowym 20-30 lat. Wszyscy mieli obowiązkowy przewodnik Lonely Planet ze sobą. Taksówkarz wiozący nas na stację autobusową w wyjątkowo upierdliwy sposób próbował nas namowić na powrót do Latakki taksówką, obraził się wręcz kiedy ostatecznie wysiedliśmy na dworcu. O handlu w następnym odcinku.



Ach, kupiłem za 14 USD rower. Badziewny, ale pojechałem z nim pierwszego dnia do warsztatu i za równowartość pół dolara podokręcali to, co trzeba było dokręcić. Ruch w Latakii jest szalony, czasem jednak wygodniej i taniej jest przejechać się rowerem, miast wdawać się w irytujące negocjacje z taksówkarzami.





Wycieczka do Palmiry odbyła się w okolicach 23-ego lipca, notkę tę publikuję dopiero teraz, gdyż nie miałem czasu wcześniej. Cóż takiego robiłem? Byliśmy w Damaszku, gdzie wszyscy obcokrajowcy z IAESTE zostali zaproszeni na spotkanie z ministrem edukacji, a potem na wycieczkę w okolice Wzgórz Golan oraz do zrujnowanej przez siły izraelskie miejscowości Al Qunaytirah , gdzie mer miasta obdarował mnie specjalnym prezentem i kilku członków IAESTE (m. in. ja) udzieliło wywiadu syryjskiej telewizji, który był w głównym wydaniu wiadomości. O tym wszystkim w kolejnym odcinku. Dodam tylko już teraz, że ciężko było zachować asertywność ("no ale przyznasz chyba, że po tym, co tu zobaczyłes, możesz powiedziec, że wojska izraelskie są bestialskie i niesamowicie brutalne?").
Oprócz tego męczy mnie trochę brzuch, ale od wczoraj poddałem się więziennej diecie (woda, chleb, banany), więc dziś jest już lepiej.
Planujemy wyjechać do Jordanii i zobaczyć jeden z nowych cudów świata - Petrę (miasto w skałach). Niestety, kolega który miał wypożyczyć samochód dostał mandat w momencie próbnej jazdy z przedstawicielem firmy wypożyczającej samochody i policja zabroniła pożyczać mu samochód. Wietrzymy spisek i łapówkarstwo.
Zapraszam do nowego folderu ze zdjęciami z podróży do Palmiry, proszę klikać tutaj.
Do zobaczenia!


P.S. Jako ciekawostka : dziś byłem w biurze imigracyjnym (takie wąsate i nieprzychylne twarze to tylko w adaptacjach prozy Kafki widziałem), ponieważ żyłem w Syrii od 10 dniu nielegalnie. Wszystko skończyło się dobrze, dostałem upragnione permission of stay , ale musiałem zrobić dodatkowe fotki. Zrobiłem też fotki chwilę po przyjeździe do Syrii, pierwszego dnia. Porównajcie proszę i zobaczcie sami, co miesiąc w Syrii robi z człowieka. Przepraszam za kiepską jakość.


4 komentarze:

  1. pobyt w syrii powoduje rudosc wlosow i przyrost brody? Jesli tak, to musze jeszcze raz rozwazyc moj przyjazd!
    Cudownie sie czyta. Szczegolnie o atlasach i tygrysach na uwiezi. I rozprowadzam blog po ludziach (Radek czytal, bardzo mu sie podoba):)

    OdpowiedzUsuń
  2. oj, chciałoby się powędrować wokoł ruin Palmiry. spopobyt w Syrii sprawia również nabycie odmiennosci w spojrzeniu, moze wschodniej dzikosci?

    OdpowiedzUsuń
  3. Eee tam, nawet nieopalony.
    A tak po prawdzie, to zazdroszczę kontaktu z tubylcami, którego u mnie zdecydowanie zabrakło. Kiedy wracasz? Skoro masz już certyfikat to chyba jest już po robocie?

    OdpowiedzUsuń
  4. BADZIEWNY ROWER ?! (ja takiego to w domu nie mam ;p) fajowa bryka, czepiasz się :D

    Smakowicie wyglądają te placuchy z mięsem. Na upartego może wciśniesz gdzieś głęboko jedną sztukę i przywieziesz posmakować :D ?

    A! Bracie, przecie pojechałeś tam po jedną jedyną praktykę ;) Więc jak, kebaby dobre robi ?

    Jak tak to wracaj prędko, bo jeszcze się tam zadomowisz, a potem dzieci wychowywać tam zapragniesz. Tu w Polsce najfajniej!
    JO

    OdpowiedzUsuń