niedziela, 16 sierpnia 2009

kraj na wskroś zobaczyć..


Masa'al-khayr,

"Spuść psa z łańcucha za dobre stróżowanie, a nie wróci na kolejne śniadanie" chciałoby się rzec komentując długi okres w którym nie skupiałem się zbytnio na notatkach. Poprzednia notka ucieszyła Was wiadomością, że okres praktyk na uniwersytecie jest zakończony. Mając kupę wolnego czasu przestałem go poświęcać na zdawanie relacji, zająłem się pstrykaniem zdjęć, jeżdżeniem w miejsca różne, reperowaniem beznadziejnego roweru, integrowaniem się z powoli rozjeżdżającą się ekipą, reperowałem rower, czytałem książki i przewodniki oraz reperowałem rower. W czasie minionym zdążyłem (temat ten już zapowiadałem) zwiedzić stołeczny i zapylony Damaszek, przepiękne i czyste Aleppo oraz konserwatywne i chłodne Homs. Oprócz tego zamki, restauracje, groty i plaże. Mnogość zdjęć nowych powrzucałem do folderu Syria_6 . Miłego czytania!

Damaszek i al-Quneitra - Turystyka tu i ówdzie, część 4
Zbudzili nas łomotaniem w drzwi. Wybrali 5 rano, kiedy sen jest najgłębszy i zdziwienie największe. Wyczekali momentu, kiedy nie będziemy potrafili rzetelnie ocenić sytuacji. Dali 10 minut na spakowanie się, wybranie najpotrzebniejszych rzeczy. Upakowali nas w samochodzie. Byli zdenerwowani. Może tym, że pomimo tego, że większość wiedziała, że wyjeżdżamy do Damaszku o 5 rano, to wygrała racja tej mniejszości, która twierdziła, że o 8 rano. Proste, w grupie było za mało Niemców. W sumie to nie było żadnego - rzetelny i punktualny jak Blitzkrieg Mark miał dopiero przybyć. Bardzo go lubię, że dodam.

W Damaszku pokazali nam obrzydliwe pokoje i przedstawili plan działania. Otóż tego dnia spotkać się tu mieli z Ministrem Edukacji wszyscy zagraniczni praktykanci z całej Syrii. Ze 4 tuziny jednakowo ubranych iaestowców. Spotkałem wreszcie stacjonujących w Aleppo Polaków - Pawła i Justynę. Dane mi było też poznać tego, który po raz pierwszy powiedział mi welcome to Syria! . Zrobił to od razu jakieś jedenaście razy. Panie i Panowie, przedstawiam koordynatora spraw zewnętrznych IAESTE Syria - Ali Abou Khodera!. Zdziwiłem się, ma on 40 lat.

Trzeba przyznać, że spotkanie zostało zorganizowane z pompą. Woda, przekąski, sterylne biurka, omiatająca nasz kamera czołowej syryjskiej telewizji, bezprzewodowe słuchawki, w których można było usłyszeć tłumaczonego na żywo ministra po angielsku. swoją drogą sam też potrafił mówić, na pewno lepiej niż Donald Tusk na spotkaniu z Condoleezzą Rice. Dyskusji nie było, był monolog. Dowiedzieliśmy się, że Syria to stawia teraz na edukację wyższą coraz więcej i więcej (tak wynika z budżetu, chociaż owo stawianie jest nadal mniejsze niż ekonomiczny wzrost kraju), że Syryjczycy kochają przede wszystkim pokój i że Izrael chce to zniszczyć. Nie respektuje kraj króla Dawida podstawowych wartości, prowadzi barbarzyńskie ataki, nie współpracuje. 2/3 przemówienia dotyczyło Izraela.




Po spotkaniu pojechaliśmy grupowo do miejsowości al-Quinetra . Miejscowość ta leży na granicy pomiędzy Syrią a strefą buforową. Strefa buforowa jest strefą umiejscowioną pomiędzy Syrią a należącymi do Izraela wzgórzami Golan. Doglądana jest przez wojska ONZ. Liczy sobie od 500m do 10 km szerokości. Została ona zniszczona w wojnie pomiędzy Izraelem a Syrią w 1973 roku ( Yom Kipur War , nie mylić z wojną sześciodniową w 1967)przez wojska izraelskie, dość dokumentnie. Coś jak, o Matko Ironio, specjalne oddziały hitlerowskich Niemców burzące Warszawę. Co więcej, ponoć wojska izrelskie wycofując się paliły łąki, lasy, zatruwały rzeczki i stawiki. Syria postanowiła nie odbudowywać tego miejsca, pozostawić je sobie jako martwe lecz namacalne świadectwo agresji wojsk przeciwnika. Ponoć Izrael po wojnie oferował Syrii pieniądze na odbudowę tego miejsca wraz z przeprosinami, jednak oferujący mi właśnie gościnę kraj nie zgodził się, zbudował tam muzeum i wozi tam zagranicznych studentów.
Wszelkie "ponoć" w moim tekście wynika z tego, że te informacje zostały mi przekazane przez zaangażowaną emocjonalnie w konflikt jedną stronę. Nie to, żebym im nie ufał, jestem sobie w stanie to wyobrazić, jednak pewniej się czuję znajdując zasłyszane przez miłych Syryjczyków informacje w przewodniku, wikipedii oraz otrzymując ich potwierdzenie przez pilnujących strefy buforowej Polaków. A tak, obecnie żołnierze wchodzący w skład strefy buforowej to Austriacy, Francuzi i Polacy. Polska ma się wycofać z tego biznesu za pół roku.

A al-Quinetrze spotkaliśmy się z merem, burmistrzem miasta. Polubiwszy mnie uprzednio Ali Abou Khoder okrzyknął reprezentantem grupy studentów, siedziałem po lewicy gospodarza miasta i ciarki mi przechodziły po plecach na myśl o dyskusji, której ponoć miałem mentorować. Ugoszczeni tradycyjnie, naparstkiem kawy z kardamonem każdy, wysłuchaliśmy historii opowiedzianej przez mera, skróconej przeze mnie powyżej. W trakcie spotkania przedstawiono nam dwoje ludzi, ofiar izraelskich tortur prowadzonych w tamtej wojnie, opowiedzieli o okropnościach których doznali, córka jednego została zgwałcona na jego oczach, został potem oślepiony, na drugim przeprowadzano dermatologiczne eksperymenty. Nie śmiem napisać tu "ponoć".

Przyszła kolej na część zapowiedzianą jako "czy są teraz jakieś pytania?". Przed tym pytaniem mer pochwalił się ubiegłotygodniową rozmową w ramach tej części z grupką amerykańskich (sic!) studentów, która trwała ponad trzy godziny. Poczułem się przyduszony ciężarem oczu na mnie spoglądających. Postanowiłem być krótki, i dosadny, jednak bez przesadnych emocji. Czułem że telewizja syryjka pragnie tych emocji. Powiedziałem, że dziękujemy za spotkanie i opowieść. Dziękujemy za to, co mamy zaraz zobaczyć. Pochwaliłem się swym pochodzeniem, jako Polska też doświadczaliśmy walki z silniejszym przeciwnikiem, nawet kilkoma. (małe faux pass, oni są przekonani o słabości Izraela). I było to umiłowanie pokoju, pamięć i nadzieja, która pozwoliła nam przetrwać i cieszyć się dzisiaj! I była to powszechna wiara w Jezusa Chrystusa! (znowu faux pass, ale wybrnąłem z tego, mówiąc o bliskości fundamentów obu wyznań oraz toleracji, jaką muzułmanie dażą ówcześnie chrześcijan). I dziękujemy, gdyż to dla nas bardzo ważne, by widzieć gruzy a nie materiały w wiadomościach, by rozmawiać z ludźmi, a nie z wybranymi przez media krzykaczami, by oddychać tym powietrzem. Wiwat, dziękujemy! Chyba wyraziłem się dosadnie, mer podziękował, spotkanie zostało zakończone. Za przemowę dostałem na pamiątkę płytę upamiętniającą dzień wyzwolenia al-Quneitry . Wąsaty gospodarz zabrał nas do pobliskiego pokoju w którym przedstawił na pokaźnych rozmiarów makiecie przebieg wojen i stan aktualny.






Mając obstawę z kilku wojskowych motorów, kilkoma białymi busikami pojeździliśmy trochę po zburzonym mieście, zatrzymaliśmy się przy zburzonym chrześcijańskim kościele. Wg mnie był to jeden z lepiej zachowanych budynków tam.






Zatrzymaliśmy się na dłużej przy szpitalu używanym przez Izraelczyków jako tarcza strzelnicza.





Po tym jak wyszedłem ze szpitala zagadała mnie ekipa telewizyjna, chcąc przeprowadzić wywiad. A pewnie, czemu nie. Ekipa mówiła po angielsku, ale otrzymałem jednak tłumacza - doktora, który zdobył swój naukowy tytuł w Polsce. Pierwsze pytanie było pytaniem ogólnym, dotyczyło moich odczuć tu i teraz. Odpowiedziałem, że owszem, jestem wstrząśnięty, straszna to rzecz, taka wojna, o proszę, ludzie w trakcie wojny zapominają o poszanowaniui podstawowych wartości, jaka jest np. życie, wystarczy spojrzeć na ten szpital. Najwyraźniej odpowiedź była za mało szczególna, kolejne pytanie brzmiało mniej więcej tak : "Przyznasz nam rację, że po tym, co tu zobaczyłes, możesz powiedzieć że wojska izraelskie są bestialskie i niesamowicie brutalne?". I bądź tu asertywny. Mniej lub bardziej powtórzyłem swoją odpowiedź, podając więcej przykładów z otoczenia. Co ciekawe, pytanie było postawione po arabsku, przetłumaczone na polski. Jednak tłumacząc moją polską odpowiedź tłumacz zdawał się być dużo badziej przejęty, gestykulujący, przeżywający i ubliżający Izraelowi. "Przesłuchane" zostały jeszcze trzy inne osoby, w tym koleżanka z Polski. W telewizji były fragmenty z wywiadu ze mną i z jedną z pozostałych osób. Jedna z dziewczyn po usłyszeniu drugiego pytania powiedziała, że nie podoba się jej, że wykorzystuje się studentów do takiej propagandy. Brawa. Mimo że starałem się być zachowawczy w swej odpowiedzi obawiam się, że mogli ją przekręcic. Pożyjemy, zobaczymy, mam dostać pliki z fragmentem tego serwisu informacyjnego.



Następnie pojechaliśmy zobaczyć gwiazdę dawidową powiewającą na fladze po drugiej stronie granicy. Spotkałem tam wspomnianych powyżej polskich żołnierzy. Wykorzystałem okazję, do zapytania ich o szczegóły służby. Ich zadaniem jest patrolowanie strefy buforowej i doglądanie czy przygraniczne jednostki wojskowe po obu stronach zachowują się przepisowo. Na przykład granaty można składować w odległosci większej niż 2 km od granicy z tą strefą. Inny rodzaj broni jeszcze dalej. Niemalze biurowa robota. Zapytałem o stan na dzień obecny. Jest spokój, jest gorąco i duszno. Hehe. Zapytałem o zagrożenia z przeszłości. Podczas ostatniego konfliktu w Gazie (styczeń tego roku) patrol syryjski oddał kilka strzałów w stronę nieodległego patrolu izraelskiego. Druga strona nie odpowiedziała ogniem. Przez kolejny tydzień na wyższych szczeblach wojskowych ponoć wrzało, jednak ostatecznie sytuacja się uspokoiła. Znowuż Izraelczycy nie dalej jak miesiąc temu mieli granaty w odległosci wynoszącej 1,75 km. Bieda!


Wzgórza Golan w pełnej krasie. W zasadzie to jedno wzgórze Golan.

To białe, po lewej, na górze. Tak, tak. Widok w stronę Izreala. Weroniki nie dostrzegłem, ale i tak pozdrawiam!



W drodze powrotnej (do Damaszku, postanowiliśmy zostać dwie noce dłużej, na własną ręke i bez organizowanych wycieczek. Akademiki naturalnie za darmo) zatrzymaliśmy się przy jednym z ładnieszjych greko-ortodoksyjnych kościołów, jakie widziałem. Wielka siła twki w ikonach, w umiejscowieniu takich obiektów na szczytach gór nie mniejsza. Kościół wschodni wygląda zdecydowanie ładniej. Może to za sprawą braku chciwych i żądnych władzy księży w przeszłości, przez co po protestach lutrowych się nie wstydzi pokazywać to, co złote? Ku rozwadze.






W nocy udaliśmy się na przebieżkę uliczkami starego miasta w starym mieście, jakim jest Damaszek.






Kotów ostrością nieuchwycenie.
Po wstępnej knajpce zarządziłem (po wydarzeniach w al-Quneitrze zaczęli do mnie mówić per mr. President) znalezienie miejsca z muzyką na żywo. Późno było, część się zmyła, najbardziej wytrwali doczekali jednak pięknej restauracji w chrześcijańskiej części starego miasta w Damaszku. Muzyka na żywo, muzyk jeden, uskuteczniający melodię na lirze. Taka, 2 razy po 5 strun, strój wybitnie nieklasycznogitarowy, gryf "ułamany", progów brak. Okazało się, że uwaga kelnerów nie jest skoncentrowana na grupce 7 studenciaków, ale na irackich (jak się potem okazało) szychach zabawiających się w towarzystwie paskudnych prostytutek. Całkiem słusznie zresztą, wódek, tequili, dżinów i innych wód ognistych w krysztale zamawiali tamci państwo dużo. Zdegustowani nie byliśmy - tamci byli przyzwoici, jednoznacznie ubrane dziewczyny służyły im do rozmów, raz na jakiś czas tańczyły do melodii granych na wspomnianym instumencie. Irackie szychy zwróciły na nas uwagę. Myślę, że byliśmy ładniejsi. Wznieśliśmy kufle w odpowiedzi na toast, chwilę później uraczeni zostaliśmy kolejką tequilii. Główny Irakijczyk podszedł do nas, poopowiadał o biznesach, poprosił do zdjęcia i do tańca. Poskakaliśmy trochę (miałem chęć od początku, jakoś tylko towarzystwo tych pań w lateksach mnie odrzucało początkowo, jednak było przyzwoicie, a i tequila chyba mnie trochę namówiła), posiedzieliśmy, była 5 rano.



Niewysoki cwaniak w szarym garniturze to główna iracka szycha tego spotkania.

Stolik stołujących się irakijczyków i hulająca w tle dziewczyna.

Szkoda by nie wykorzystać takiej sytuacji - postanowiliśmy znaleźć dogodne miejscie na obserwowanie wschodu słońca. Wypatrzyliśmy najwyższy budynek w okolicy, był opuszczony i pozamykany. Drugi wysoki - siedziała tam trzyosobowa grupka Arabów, zaczęliśmy ich z wesoła zagadywać.
Chwaląc się, dzięki temu, że wiedziałem, jak jest po arabsku słońce [ szamys - przyp. Autora] zostaliśmy po pięciominutowych negocjacjach zrozumieni, zabrali nas na dach budynku, którego, jak się okazało, byli użytkownikami i strażnikami zarazem. Piękny był to wschód.









Chłopaki zabrali nas najpierw do swoich warsztatów (pochwalić się trzeba, a nam odmówić nie wypada). Okazało się, że zajmują się doglądaniem maszyn szyjących płótna i materiały ubraniowe. Zjedliśmy śniadanie, wróciliśmy do akademików i poszliśmy spać, wstając okolo 19.



Dnia kolejnego i następnego po nim trochę pochodziliśmy po starówce, pokłóciliśmy się ze strażnikami największego w stolicy meczetu odwiedziliśmy Narodowe Muzeum, atrakcyjne główne swoimi ogrodami, ponieważ większość eksponatów nie była podpisana inaczej niż po arabsku.










Pamiętacie naury, koła wodne z Hamy? To takie wersje mini.

Bardzo fotogeniczny kolega Agis z Grecji na bardzo nieostrym zdjęciu. Rzecz się dzieje w bardzo przystępnym cenowo barze w Damaszku.




Aleppo - Turystyka tu i ówdzie, część 4

Kolejnego tygodnia zabraliśmy się wraz z wycieczką z uniwersytetu do Aleppo. Jest to druga co do wielkości miejscowość w Syrii, leżąca na północy. Bogata z racji swego położenia na szlaku handlowym Indie, Chiny - Europa. Bardzo czysta, z piękną starówką i zadbanymi souqami [gwarnymi pasażami handlowymi - przyp. autora].

Obejrzeliśmy wielką cytadelę (ponoć jedna z największych tego typu kontrukcji na świecie), wielokrotnie modernizowaną i przebudowywaną w trakcie wojen krzyżacko - muzułmańskich. Robią wrażenie te zamki, nasze się chowają. Może to i dobrze, może należy rozumieć, że nie było potrzeby takich wielkich budowli na ziemiach Lecha.





Nawpadało tu tych katapulcich pocisków w trakcie szerzenia pokoju, oj, nawpadało.

Pan w niebieskiej bluzce w czarnych okularach to przyjaciel naszego opiekuna, Ali. Wykwalifikowany przewodnik, biegły angielski, mnóstwo dobrego humoru. Może to dlatego, że 6 dni przed przyjazdem wziął ślub. Żone widzieliśmy, spowita hidżabem, ale uśmiechnięta również. Sporo nam zorganizował.


Odwiedziliśmy także wielki Mosque . Atmosfera w środku - odpoczywający w szumie wiatraków i klimatyzacji ludzie, leżący na czystych dywanach, dyskutujący starcy, grający w szachę młodzieńcy, ktoś się modli, inny chrapie. Inaczej tu pojmuje się takie budynki, ludzie po prostu przychodzą odpocząć z kumplami. Wszystko pięknie, tylko kobiety wejść w trakcie modlitw nie mogą. A jak wchodzą w czasie niemodlitewnym to mają wyglądać o tak, na zdjęciu Bojana z Serbii :





Następnie, zaraz po meczecie, udaliśmy się w stronę łaźni. Takie przybytki zowią się z arabska hammam i oferują piękne wnętrza, kilka rodzajów wód które można wykorzystywać na różne sposoby (sauna, wanna, wysokociśnieniowe natryski, basen z lodowatą wodą, jakuzzi). Pięknie nas wąsaty grubszy pan wymasował, kilka razy krzyknąłem, bardziej ze zdziwienia. I trochę pochichotałem, mam łaskotki. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cena którą usłyszeliśmy na wejściu (500 SYP = 11 USD) wzrosła po wyjściu do 800 SYP. Pokrzyczeliśmy, wyraziliśmy oburzenie w przeróżne sposoby i cena spadła do 700 SYP. Gospodarz z polska mówiąc "rżnął głupa". Nie pamiętał, żeby mówił nam 500 SYP. Ja też nie, ale inni ponoć pamiętali. Powiedział, że 500 SYP to za wejście, 100 za używanie sauny i masaż wraz ze szczypaniem, 100 za usługę dzielenia pomieszczeń łaźniowych z dziewczynami. One dodatkowo miały zapłacić za kremy i zakupioną argilę [faję wodną, że przypomnę- przyp. Autor]. Skończyło się na zapłaceniu 700 SYP każdy i trochę skwaszonych minach. Nie zawsze finansowa konfrotacja z Arabami przypomina słynne, uprzejme targowanie się i sympatyczne, powolne schodzenie z pierwszej, niedorzecznej ceny.



Nie pasaliśmy wielbłądów, a wysychaliśmy.

Wieczór spędziliśmy w nowo otworzonej restauracji. Młody menedżer i kelnerzy byli bardzo zaaferowani pierwszymi zagranicznymi goścmi. Byliśmy syci, więc wpadliśmy tylko po napitek i orzeszki. Grecki kolega Kostantinos zamówił drinka. Dostał sok pomarańczowy. Poprosił o wódkę do niego. Wódki nie ma. Ale przecież jest, widzimy, o, tam stoi, na barze. A faktycznie, już nalewam. Ale człowieku, nie do kieliszka, drink to wymieszana wódka z sokiem w szklance. Och, a jaka proporcja? A jaka cena? Wahid mija. [stówka - przyp. Autora]. Za ile? Za kubek. Ale jaka proporcja? Więc menedżer i dwóch kelnerów wycofało się, zawołało dziadka klozetowego i hydraulika (faet był solidnie ubabrany w smarze) i zaczęli debatować nad pojęciem drinka. W efekcie Konstantinos dostał drinka w lampce wina - pół soku i pół wódki. Zabawnie było i bardzo tanio. Muzykę też sobie sami puszczaliśmy z winampa.


Bojana najwyraźniej spodobała się rozpalaczowi argil.

Dostała nawet udekorowaną argilę.

Dnia następnego spotkaliśmy przechodząc koło hotelu Sheraton narodową reprezentację futbolową Liberii. Mieli grać dzisiaj mecz z Togo w ramach jakiejś arabsko-afrykańskiej ligi. Poszliśmy na to, mecz był nudny jak flaki z olejem.



Pieczę nad meczem trzymał prezydent i jego nieżyjący już ojciec.




Homs - Turystyka tu i ówdzie, część 5

Wyjazd ten odbył się w mijający weekend, 13 lipca. Była to zaplanowana przez uniwersystet wycieczka, jej trasa miała omieść również Palmirę. Więszkość głośno zaprotestowała, bowiem większość Palmirę widziała. Wyjechaliśmy więc tylko do Homs oraz pobliskiego Qala'at al-Hosn (z europejska Krak des Chevaliers . Po drodze zatrzymaliśmy się na plaży, która mimo że płatna, była bardzo brudna. Może dlatego nie było tam meduz. Na zakończenie taplania się koledzy odkryli w pobiżu naszego miejsca biwakowania wielką rurę doprowadzajacą do morza ściek. Ci studiujący chemiczne inżynierstwo użyli zmysłu węchu i orzekli jednogłośnie - uryna. Obrzydliwość! Na domiar złego facet proponujący mi i Rolando skuter wodny po kwadransie się zatrzymał i zapytany o cenę teraz orzekł, że płacimy za 45 minut. Łgarstwo i beznadzieja. Użeraliśmy się z nim pół godziny, byliśmy pewni swego, gdyż w momencie wsiadania na skuter Rolando spojrzał na zegarek. Ostatecznie zapłaciliśmy za pół godziny, w poczuciu wielkiej niesprawiedliwości. Amir, nasz patriotyczny, IAESTOwy opiekun, widząc nasze rozczarowanie i zażenowanie sytuacją oświadczył, że ludzie w Syrii to miłują pokój i są przyjacielscy do bólu wszędzie, ale nie nad morzem.





A w Homs byliśmy w restauracji. Niby nic nowego - stołowanie się w nich jest dużo tańsze niż w Polsce, a wyglądają zachęcająco. Problem jest taki, że w większości przypadków jest to małe oszustwo. Wchodzimy do pięknej sali na starym mieście w Homs, wita nas dwupoziomowa konstrukcja, wysoki sufit, przez środek sali przechodzi przepastny, gotycki łuk. Po kamiennych schodach pną się winorośla, zaś tajemnicza, wschodnia ornamentyka zdobi ściany. Wszystko to powstało może z 5 lat temu, jest świeże i pachnie farbą.




Kojarzycie Sub-Zero - bohatera bijatyki komputerowej zwanej Mortal Kombat?

Zamek zaś był wielki i taki, jak wyobrażałem to sobie czytając historie o wojnach średniowiecznych. Umiejscowiony wysoko w górach, podzielony na część wewnętrzną i okalającą ją, zewnętrzną, rodzielała je zaś fosa. Swoją drogą woda w niej była niemalże fosforyzująca. Budowla została oddana do użytku przez emira miasta Homs w roku 1031, następnie obrócona w pierzynę przez pierwszą wyprawę krzyżową, odbudowana poniewczasie przez chrześcijańskie rycerstwo, zrównana z ziemią przez odbijające je wojska sułtana Beybara itd... a prezentuje się zacnie!




Miejsce to jest paleniskiem zamkowego pieca chlebowego przygotowującego 200 bochnów na raz!










Tego dnia (15 sierpnia) Polska obchodzi święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kościół wschodni, jakim jest kościół grecko-ortodoksyjny twierdzi, że Maryji się po prostu zmarło, ale też się to świętuje. Zawitaliśmy do cerkwii, wokół której koncentruje się festiwal celebrujący to wydarzenie. Wracając zatrzymał nas tłum ludzi i dźwięki orkiestry.. perkusyjnej. Kierowca nie wytrzymał i rzuci się w pląsy, chcąc nie chcąc poszliśmy tańcować i my.






Końcówka notki została sklecona naprędce. Otóż dnia dzisiejszego (16 sierpnia, nadal jeszcze niedziela) wyczekuję Kasi, która przyleci do mnie o 3:50 rano (za pięć godzin). Biegałem dziś po Damaszku i szukałem hosteli, w której będę mógł tego miłego mi gościa umieścić. Zbliża się Ramadan (start 21 sierpnia), więc ludzie zjeżdżają się do miast, będą celebrować. Jestem bardzo ciekaw życia, które tu zobaczymy. Główna reguła dotyczy nie jedzenia i nie bawienia się w ciągu dnia, zaś cieszenie się i posilania o zmroku. Miasta mają być czyste i upstrzone kolorami. A ceny hosteli dwukrotnie wyższe. Jako że plany mamy śmiałe, postaramy się sklecić jakąś notkę, dla nas Syrii to jeszcze nie koniec!

Jak zawsze, zachęcam do przejrzenia fotografii, które znajdują się tym razem w folderze Syria_6

Co więcej, chętnych do otrzymania egzotycznej pocztówki za parę miesięcy proszę o podesłanie mi adresu na maila siemionides[maupa]gmail.com.

Zdravo!