piątek, 10 lipca 2009

turystyka na Ziemi Krzyza i Ksiezyca

Środa, 8 lipiec 2009
Pani Matce serdeczne podziekowania za uwagi korekcyjne. Przepraszam, ze te podziekowania to bez polskich liter, ale predzej jakas gora do mnie przyjdzie, niz uda mi sie opanowac nasze diakrytyki w kafejce.

Po zajściu na uniwersytet o godzinie 12:00 dr Ali Ali, powiedział, że bardzo mnie przeprasza, ale ma dzisiaj spotkanie i jeżeli mi to nie przeszkadza, to on chciałbym przełożyć spotkanie na jutro. W to mi graj, wziąłem to. Ruszyłem do mensy w której już mnie znają i są wyrozumiali na dręczącą mnie przypadłość braku znajomości języka arabskiego. Zamówiłem sandwidż y mortadela y dżubna, czyli po naszemu kanapeczkę z mięchem nieświńskim i serkem żółtym. Siedzieli tam znajomi : Egipcjanin Abdullah, Palestyńczyk Ahmed i Syryjka Shaza i jej nie-pamiętam-jaka-koleżanka. Shazza jest sympatyczna i umie bardzo mało angielskiego, ale przez to rozumie męki, jakie przechodzę, kiedy wykorzystując znajomość 3 zwrotów na krzyż chcę osiągnąć coś konkretnego (np. kupić papier toaletowy, to była masakra). Pogadaliśmy, okazało się, że w piątek szykuje się fajna wycieczka organizowana przez szefostwo dla praktykantów. Piszę te słowa w czwartek, na tę chwilę waham się, czy nie pojedziemy z Chrisem i Sheriffem do Damaszku na parę dni. Piątek i sobota są tutaj wolne, w niedziele się zwyczajnie pracuje.

Po powrocie ruszyliśmy z chłopakami Chrisem, Sheriffem oraz Rolando(szybko się do nich przyzwyczaiłem swoją drogą) do naszego wczorajszego, 50-letniego dobrodzieja. Myśleliśmy, że to on nas podwiezie, facet jednak zaoferował nam, że potarguje się z taksówkarzem i pojedziemy sami. Stanęło na 200 lirach na osobę, czyli na 4 dolarach. Za dwustronny kurs, w sumie 45 km i 2 godzinny postój na miejscu.




Okazało się, że kierowca woli narzekać na ceny benzyny niż podróżować w okolicach swojego miejsca zamieszkania - nigdy nie był Qala'at Saladin , tak bardzo zachwalanym przez przewodnik Lonely Planet : Syria and Lebanon , który towarzyszy mojej wyprawie. Swoją drogą ma na co narzekać : benzyna kosztuje tu około 1 USD, co w porównaniu z cenami innych towarów jest dość szokujące, tym bardziej z uwagi na spore ilości złóż ropy na terenie Syrii i w okolicznych krajach. Jeszcze w tym samym dniu wieczorem miałem się dowiedzieć, skąd to się bierze.

Kierowca nie dowierzał własnym oczom, kiedy przed nami ukazał się strony zjazd w dolinę otaczającą ruiny fortecy. Ponarzekał po swojemu, pomachał rękoma, jednak zjeżdżał. Musiał się biedny Sheriff nasłuchać, pozostałych członków załogi to nie ruszyło. Błogosławiona ignorancja. Dojechaliśmy.



Qual'at Saladin jest fortecą wniesioną w 10 wieku przez Imperium Bizantyjksie, po jakiś 150 latach od zakończenia budowy przechodzi w ręce Krzyżaków na kilkadziesiąt lat, ponoć wykorzystali do tego celu jakiś wymyślny fortel. Wrażenie robi jej umiejscowienie - jest na szczycie bardzo stromego wzgórza, dodatkowo jest otoczona kilkoma pionowymi, skalnymi ścianami. Do bramy wejściowej trzeba się dostać przez kilkusetmetrowy wąwóz będący jakieś 100 metrów poniżej fortyfikacji - kilka solidnych kamieni rzuconych z góry może powstrzymać nawet najbardziej gorliwych wyznawców Allacha (bądź fanów Matki Boskiej, naznaczonych czarnymi krzyżami).

Ciekawostką był cennik :

  • Syrian Studens - 10 SYP
  • other Syrians - 20 SYP
  • international Students - 10 SYP
  • other international - 150 SYP
  • Mr President Bashar al-Assad - 5 SYP

No dobra, żartuję z tym prezydentem.

Wartym wzmianki jest to, że stajnia ostatni czas trzymająca konie ponad 400 lat temu nadal nimi śmierdzi.









W drodze powrotnej wdaliśmy się w rozmowę z panem taksówkarzem. Bardzo narzekał na rozwarstwienie i bogaczy, nie chcąc jednak wplątywać w rzecz polityki. Mówił, że to nienormalne, żeby benzyna w Syrii kosztowała tyle samo, co w Polsce, pytał o ceny za usługi taksówkarskie u nas. Twierdził, że Polska jest bardzo bogata. Taksówkarze nie są zrzeszeni w korporacjach, każdy pcha swój własny biznes, stąd wynika też ich agresywny marketing, objawiający się tym, że ilekroć staniesz na chwile na chodniku obok jezdni, zatrzymują się trzy taksówki, kierowcy zachęcają cię do środka, są w stanie nawet wyjść z samochodu, powitać cię w Syrii i za rękę ciągnąć do środka. Trzeba po prostu być stanowczym. I nie stać w miejscu.


Po powrocie do miasta okazało się, że kierowca umawiał się na 1000 SYP z miłym nam emerytowanym nauczycielem języka angielskiego, a nie na 800. Niedługo się zastanawialiśmy, daliśmy mu to, co chciał. Być może niepotrzebnie, ale i tak nie wydało się to nam dużo za tego typu imprezę. Lonely Planet twierdzi, że można się tam dostać w parę osób za dolara. Więc może nasz 5 USD na osobę to symbol frajerstwa.

Ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś obiadu. Sheriff zaproponował, że zaprosimy jego kolegę ze szpitala (Sheriff ma tam praktyki) - Karina, mieszkańca Latakii. W oczekiwaniu na niego zasiedliśmy ponoć w kafejce dla najuboższych, stąd pewnie parę razy trzeba było podziękować chłopakom czyszczącym buty, którzy natarczywie chcieli naoliwić mi stopy. Swoją drogą niezłą konkurencje sobie robią, siedząc tak koło siebie. Do herbaty i kawy podaje się szklankę wody. Z kranu. Nikt nie widzi w tym nic złego, mimo że woda w podanej szklance jest ewidentnie śmierdząca i niesmaczna, podczas gdy półtoralitrowa butelka kosztuje w sklepie na ulicy 60gr.




Karin zabrał nas do niezłej restauracyjki nad morzem. Morzem Śródziemnym. Zapłacił za nas rachunek w kafejce dla ubogich, zapłacił za taksówkę. W restauracji zamówiliśmy danie o nazwie fetta. Czekaliśmy chyba z pół godziny, ale było warto. Otóż oprócz standardowych już półmisków z warzywami, czyli mezzy otrzymaliśmy po misce jakiegoś czegoś. To coś było podpieczoną, wielowarstwową fettą . Od góry : Ser żółty, sos beszamelowy z sezamem, nasiona jakiejś fasoli, kawałki kurczęcego, pieczonego miejsca, a na samym dniu mocne wypieczone, chrupiące kawałki pity. Wygląda niepozornie, smakuje grzesznie dobrze.





Po kolacji wdałem się w rozmowę z Karinem. Otóż skonczył on własnie 6 rok studiów medycznych, pracuje w szpitalu, wyjedzie do Niemiec, żeby pracować w ramach jakiegoś programu doszkalającego. Był bardzo ciekawy polskich kobiet oraz mojej opinii o tutejszych. Zdziwiłem go szczerze mówiąc, że podobają mi się te noszące hadżaby . Raz, że znaczy to, że są religijne, a dwa to że niektóre z nich naprawdę dobrze w nich wyglądają. Pod pojęciem powabności kryje się dla mnie m.in. umiejętne otoczenie się luźnymi, falującymi przy każdym ruchu kawałkami materiału, chustami, sukienkami, szerokimi spodniami, ponczami itp., itd, a tutaj tego pełno. Naturalnie ciężko powiedzieć cokolwiek o tych, które zakrywają się całe. (śmiech Karina). Zresztą nigdy nie potrafiłem jakoś zdefiniować, określić, ustosunkować się do urody kobiecej. Powiedział mi o swoich obawach na temat materializmu, który może otaczać kobiety w Niemczech, a i pewnie polskie. Starałem się rozwiać jego obawy, ale najwyraźniej byłem zbyt szczery i stanęło na tym, że nie można oceniać ludzi zbyt powierzchownie, nawet tych ubranych codziennie w nowy t-shirt z haema.

A potem się zaczęło! Jako że Karin wydał mi się bardzo szczery, zadałem mu pytania na temat obecnych rządów i tego całego kultu Papcia Chmiela. Wg Karina bierze się to z dwóch rzeczy : ze strachu oraz z nadziei. Najpierw Strach.

W latach 70. i 80. ubiegłego wieku w Syrii szefował ojciec Baszara - Hafez. Nie było dobrze. Kraj miał ropę, a był biedny. Ówczesny prezio żądał wystawnych imprez na swoją część, aparat urzędniczy wchodził głęboko w życie przeciętnego człowieka, Izrael straszył, otoczenie prezydenta jawnia pławiło się w luksusach, numery kont w szwajcarskich bankach do których spływały dochody kraju były powszechnie znane. W latach 80. nastroje uległy nasileniu, może to i za sprawą coraz częściej kasłającego Związku Radzieckiego, może to na skutek nasilenia się represji (w tym czasie corocznie z powodów politycznych wieszano kilkudziesięciu ludzi). Dla przykładu : w roku 1982 zaczęto demonstrować w mieście Hama, oddalonym od Lattakii o mniej niż 50 km. Została tam wysłana armia. Oficerowie ogłosili, że demonstranci mają 2 godziny na rozejście się do domów. Demonstranci w większości nigdzie nie poszli. Po upłynięciu wyznaczonego czasu oficerowie ogłosili, że za kolejne dwie godziny zaczną niszczyć miasto, ludzie chcący zachować życie powinni zabierać swój dobytek i wiać. Część uciekła, spora część została, nie dowierzając, albo po prostu chcąc zostać ze swoim. Przyjechały czołgi, zaczęto strzelać do budynków, zaczęto strzelać do ludzi. Zginęło 45 tysięcy mieszkańców miasta, zabitych przez własny rząd. Tako rzecz Karin, postaram się to sprawdzić kiedyś.

To był strach , teraz czas na nadzieję

W roku 1999 prezydentem został syn Hafeza - Baszar. Młody, po zakończonym doktoracie w Europie, żona Angielka, lubiący sztukę etc. Represje ustały, liczba kar śmierci zmalała drastycznie, rzeczywistośc na ulicach nie zmieniła się za wiele, ponoć infrastruktura drogowa została poprawiona, pieniędzy jak nie było, tak nie ma. Ludzie powoli tracą nadzieję na to, że zmiany nadejdą szybko, ale widząc poprawę wolą powiesić w domu obraz prezydenta, just in case .


Współlokator Umut skacze wokół i raduje się, że przyjaciele Rosjanie, z którymi się tu głównie zadaje, kupili whisky i będzie party. Wolałbym pojechać do Damaszku na te dwa, trzy dni, zobaczymy, co da się zrobić.

Przypominam o fotosach z mojego pobytu, znajdujacych sie tutaj . Do tego opisu zaleca sie przejrzenie katalogu "Syria_2".

Ma' salaama.

2 komentarze:

  1. Siemionie, bardzo ciekawy blog. Bardzo mi się podoba. Nie przejmuj się polskimi literkami.
    Karin dobrze Ci powiedział: W Hamie zginęło od 7 do 40 tysięcy ludzi, w tym 1000 żołnierzy. Wg tego co piszą na wikipedii, to jest to wydarzenie o doniosłym znaczeniu w najnowszej historii kraju: http://en.wikipedia.org/wiki/Hama_massacre .
    Miłego poznawania Syrii i wielu szczerych ludzi!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdazdrościć kontaktów. Mam nadzieję poznać tu jakichkolwiek Rosjan mówiących po angielsku albo chociaż prędzej nauczyć się rosyjskiego. Nie wiem, które będzie trudniejsze.
    No i zdjęcia ładne, mimo, że Ci aparat nie zadziałał.
    Pozdrawiam i daswidanja!

    OdpowiedzUsuń