wtorek, 14 lipca 2009

Taurus miasto, beaching, słowo o alkoholu - 10 i 11 lipca


Al salaam alaykum, tym razem, dla odmiany, zaprezentuję kilka przykładów z wyjazdów tu i ówdzie, przedstawię kilka interesujących mnie najbardziej aspektów bycia muzułmaminem bądź Arabem, pokuszę się o słowo komentarza, okraszę całość fotami. Rutyna? Niezłej jakości.

Dodaję możliwość kliku na zdjęcie celem otrzymania go w większej rozdzielności.

Wyjazd na plażę część 1. Burdży Islam

Jako że życie adżabi [obcokrajowca - przyp. własny] wymaga wzięcia się solidnie w garść, porzuciłem przedłużanie snu o kolejną godzinę, wstałem 8 lipca o 14:00. Powodem było bardzo sympatyczne party, które odbyło się w moim pokoju dnia poprzedniego, o czym zawiadamiałem w blogu - nastoletni rapujący Rosjanie i wierne im Rosjanki, egzaltowani Turkowie, na dodatek klasyczni Austiacy i trochę małomównych, ale celnych w tym co mówią, Hiszpanów. Każdego po sztuk jeden. Obawy okazały się płonne, zintegrowaliśmy się potężnie, a piwa z Libanu wypiliśmy po sztuk jeden, więc da się (prawie) bez alkoholu, Drodzy Państwo.

Tego dnia planowaliśmy wybrać się na plażing.
Ponoć plaże w mieście są w większości brudne. Chyba, że ma się ochotę na taką, która należy do któregoś z lepszych hoteli - wtedy trzeba mieć 50 USD w kieszeni celem przeznaczenia go na jedno wejście.
Z ekipą austriacko-turecko-hiszpańską uzbrojeni w ręczniki poszliśmy na American Street , do wspominanej przez przewodnik Lonely Planet restauracji Allegro , z zamiarem zamówienia odrobiny śniadanio-obiadowego jedzenia. W moim wypadku : zupa krem z krabów, napój świeży, bananowo-mleczny, krążki cebulowe i sos sojowy, kanapka z kurczakiem. Zdjęcia kanapki niestety zabrakło.




Całość za 7 USD.

Pojechaliśmy taksówką na farez garaż [stacja minibusikowa], co by podebrać jakiś minibusik, który zawiózłby nas do celu, na plażę oddaloną o 25 km od Lattakii. Od osoby zapłaciliśmy 15 SYP = 0,3 USD. W trakcie podróży moje i Chrisa chęci nauczenia się liczyć do 20 po arabsku wzbudziły wielkie zainteresowanie i niemalże wszyscy współpasażerowie nam podpowiadali i się przyjaźnie śmiali.(poza utrzymującymi nosy w górze modnymi Lattakijkami bez hadżabów [okrycia głowy dla muzułmanów]). Oczym naszym ukazało się Morze Śródziemne.



Chwilę po wybrania pustego miejsca zostaliśmy przepędzeni stamtąd przez żołnierza. Nie rozumieliśmy czemu (brak znajomości języka arabskiego wśród kompanów czasami bywa upierdliwy). Podejrzewam, że dobry żołnierz, ryzykując swoje życie, przestrzegł nas przed polem minowym, na którym się rozbiliśmy.
Niestety, wybraliśmy się na plażę w piątek, więc pomimo tego, że była oddalona od miasta i tak było tłoczno. Strasznie słona woda nie pozwalała na zbyt długie i zbyt świadome pływanie (nie wziąłem okularków, więc zaciskałem oczy ile sił właziło). Większość czasu spędziliśmy siedząc na zasyfionej śmieciami plaży. Sądzę, że śmieciom w Syrii poświęcę oddzielną notkę, muszę tylko zebrać trochę materiału dowodowego. W końcu plaża na której siedzieliśmy jest postrzegana przez lokalnych jako jedna z bardziej czystych. Siedząc na plaży nie mogłem zachomować dziecięcego wręcz zainteresowania kobietami pływającymi w hadżabach . Owoce tego zainteresowanie prezentuje poniżej :







Jak się okazało, plaża na którą trafiliśmy jest plażą konserwatywną, by nie powiedzieć ortodoksyjną. W teorii znaczy to tyle, że przychodzące tam rodziny nie są niepokojone przez grzesznie ponętne i rozebrane ciała modnych Lattakijek i mają pewność, że ich pociechy też na ten grzech wystawione nie będą. Starałem się ukrywać moje zdziwienie ile się dało, szczęście, że wziąłem mały aparat (dzięki siostro Olu! dzięki i Tobie Saperze za chęć pożyczenia mi swego Niemałego). Wiem, że w Lattakii istnieje też plaża "rodzinna", na którą trzeba wstąpić wraz ze swoją połówką, a najlepiej to z dziećmi. Mój supervisor , dr Ali Ali, poleca mi znowuż "plażę dla nauczycieli", przy wstępie na którą trzeba okazać legitymację uniwersytetu (posiadam taką).

Konserwatywny nie znaczy nudny i nieśmiały. Wręcz przeciwnie, uważam że Syryjczycy ze swoim nieustannym welcome to Syria! oraz zagadywaniem ciebie są narodem posiadającym bardzo wysoki współczynnik selfkonfidencji [nie bij mamo, ja wiem, że to polsko-angielskie słowo-potwór - przyp. własny]. Swoją drogą zostałem uraczony tym zwrotem nawet przez panią Krysię zarządzającą trzema komputerami na trzecim piętrze mojego wydziału(jeden z dwóch "dostępów" do internetu, jaki posiadam na terenie uniwersytetu za free). Nie umiała nic a nic angielskiego, mimo to na wyjściu, po moim szukran dżazilan, maa salama! odkrzyknęła mi pełnym werwy welcome to Syria! . Ech, odbiegam od tematu.

Co do konwerwatywnej plaży - w pewnym momencie zostałem dźgnięty stopą w plecy, odwróciłem się, by ujrzeć w górze sympatyczną twarz dojrzałeego Syryjczyka :



A nie, przepraszam, to Rolando Garcias. Syryjczyk to ten tutaj:







Facet podszedł do nas z talerzykiem pełnym kawałków żabas , czyli arbuza. Na talerzyku były cztery widelce, więz mogło to znaczyć, że są to widelce dla nas. Dosiadł się, dysponując kilkoma zwrotami po angielsku i turecku na krzyż. W zamian zaoferowaliśmy mu kilka zwrotów po arabsku, posiłkując się przewodnikiem. Zaczął nam opowiadać o swojej historii, generalnie był kierowcą tira jeżdżącym trochę po świecie, teraz siedzi na skromnej emeryturce w Lattakii, a dziś przywiózł rodzinę na plażę. Chwilę później przyszła jego żona, spowita przepisowym hadżabem , przyniosła nam kubeczki i imbryczek pełen herbaty. Po godzinie rozmów zaproponował nam, że zawiezie nas do do Lattakii swoim pickupem, razem z rodziną. Pickup był bardzo mało, kiedy jechaliśmy busem, śmiałem się z ekip arabskich rodzin, ściśniętych na pace takiego pojazdu, lawirujących niebezpiecznie pomiędzy dzikimi, lecz sprawnymi uczestnikami ruchu drogowego. No cóż "ten się śmieje, kto jest kierowcą pickupa", przyszła kolej na nas. Nas było 4, młodszych członków rodziny 6, 10 osób na pace to pryszcz. W trakcie jazdy śpiewaliśmy popularne piosenki ze swoich krajów. Przeżyj to sam ;)




Zatrzymywaliśmy się dwa razy przy bogatszych efektach inwestycji rządowych - basenie i stadionie sportowym. Gospodarz bardzo chętnie pokazywał nam to wszystko i był niesamowicie dumny. Mimo że był ubogim człowiekiem zaproponował nam, że jeżeli chcemy, będzie nas woził po Syrii w różne miejsca i znajdzie kolegę tłumacza (albo my znajdźmy). Zobaczymy wszystkie ciekawsze miejsca w Syrii, a kosztować nas to będzie tylko beznynę. Niesamowita szczodrość.



Wyjazd do miasta Taurus, 10 lipca

Dzień kolejny to dzień turystyki. Zwiedzamy portowe miasto Taurus, płyniemy na wyspę obok niego, chodzimy po muzeum, jest ciepło.


Z powodu nadmiernej jasności czas ekspozycji był zbyt krótki, co by zanotować migający wyświetlacz w pełnej kraśie. Tempetarura wynosiła 35 stopni, a było to 2 godziny przed najwyższą i najsroższą pozycją słońca.

Taurus i wyspa zauroczają nas swoimi old city . Gorąco polecam przejrzeć zdjęcia z katalogu Syria_3 .

Dla zachęty podaję kilka fotek :






Gwiazdę betlejemską dostrzegłem dopiero przy spoglądaniu na zdjęcie. Pewno chrześcijanie inside.















Na wyspie dopadliśmy restauracji, uraczyliśmy się morskimi potrawiszczami (pomijając frytki, chleb-pitę i sałatki).

Stwierdziłem, że w taką pogodę i do tak słonych potraw nadałoby się trochę zimnego piwa.Głos zabiera Sheriff, mówiąc, że to bez sensu. Nie pił nigdy alkoholu, jako Muzułmanin. Nie ma dla niego czegoś
takiego, jak jedna lampka wina, jedna butelka piwa, jedna działka
whisky. Waga, która ma wycenić "dobroć" alkoholu po jednej stronie wg
niego posiada jedną butelką piwa, po drugiej zaś cały wachlarz plag
typu poważne uszkodzenie mózgu, marskość wątroby, atak serca,
alkoholizm, żebranie, rozbicie rodziny. I to wg nas (tzn. mnie i Christpopha) błąd, bo nie ma nic złego w napiciu się piwa, jeżeli ma się na to ochotę i przy okazji jest się pewnym, że ma się możliwość, że nie jest to piąte piwa
kolejnego dnia picia piwa, że nie jedzie się samochodem, że nie idzie
się do pracy itp. Sheriff przyjmuje więc argumentację religijną -
Jezus nie pił wina, więc jak my możemy. Błąd, bo jak wiemy, pił go sporo wraz z Apostołami, np. cud w Kanie Galilejskiej, kiedy to na impreze wina zabrakło, więc Jezus go cudownie dolał.

- Ale Stary Testament zabrania pić alkohol, stawia w jednym szeregu pijących ze złodziejami i mordercami - punktuje Sheriff.
- Być może, ale co z tego, skoro przyszedł Jezus i zaczął pić wino, zawarł
nowe przymierze i są nowe warunki. - odpieramy.
- Czyli Jezus postępował niezgodnie ze Starym Testamentem? Przecież był żydem (i Żydem), prawda? - kilka razy powtórzył Sheriff, kilka razy potwierdzamy.
- Jezus był nie tylko żydem (i Żydem), był też przede wszystkim Bogiem, takiemu przecież wolno raczej wiele - odpieram - Płaszczyzna religijna w kwestii alkoholu odpada, bo różnica jest po prostu taka, że Bóg nie pozwala Ci pić, a nasz nam pozwala, z dokładnością do przestrzegania jednego z Siedmiu Grzechów Głównych, nieumiarkowania w jedzeniu i piciu.
- No dobra, więc jesteście egoistami - Sheriff wkłada szpilę w drugi bok - bo jak tak może być, że pijecie sobie jako ludzie inteligentni i świadomi zagrożeń i nic się Wam nie stanie, a olbrzymia część ludzi nie jest świadoma i ich życia
zostaną zniszczone przez alkohol. Powinniście więc zgodzić się, że
zabronienie alkoholu jest jedynym rozwiązaniem, by wszyscy byli
szczęśliwi, czyli zrezygnować z jego picia.
- Nie, nie. Nie rozumiem, czemu miałbym się wyzbywać możliwości wypicia sobie od czasu do czasu - cierpliwie zostaję w swoim bunkrze - Inteligencja i świadomość zagrożeń o której wspomniałeś obliguje nas do reagowania w sytuacjach, w których widzimy, że ktoś z najbliższego otoczenia ma problem z alkoholem (w szczególności my sami). Totalna prohibicja jest krokiem wstecz, jest zwyczajnie zamachem na wolność wyboru - narzuconą nawet przecież przez Boga!

Uważam, że to trochę tak, jak ze znalezieniem skarbu na polu. Podążając twoją logiką, powinienem był ten skarb spalić i zniszczyć, ponieważ i tak nie uda mi się obdarować nim wszystkim ludzi i wszyscy na nim nie zyskają. A ja skarbu nie spalę i podzielę się nim z najbliższymi. I już.

Nie sądzę, żeby to przekonało Sheriffa. Ale ciekawie było poznać jego punkt widzenia. Niestety, stanowisko moje i Chrisa jest oczywiste, ponieważ sami nie mamy problemu z alko. Szczerze powiedziawszy, imponuje mi to, że tutaj się go nie pije. Ewentualnie pije się głęboko w domach, do obiadu, mały shot, czy piwo, raz na jakiś czas. Zdecydowanie nie towarzyszy on młodym i strarszym przy spotkaniach, nie jest też bezmyślnie żłopany na ławkach w mieście, brak go na plaży czy w komunikacji miejskiej.

Po kilku dniach przebywania tutaj, kiedy przyzwyczaiłem się do tutejszej atmosfery i swobodnie chodziłem sobie po ulicach o zmroku, zauważyłem, że czuję się bardzo komfortowo, mimo że zdecydowanie zwracam na siebie uwagę swoją zagranicznością, a często jestem też pozytywnie zaczepiany. Najczęściej przez taksówkarzy. Chociaż zdarzyło mi się otrzymać kawałek ciastka, czy napoju. Zacząłem się zastanawiać nad tym komfortem - doszedłem do wniosku, że przyczyny są zasadniczo dwie : 1. niesamowita gościnność Syryjczyków 2. brak pijanych ludzi. To drugie wiążę się nie tylko z uczuciem bezpieczeństwa pojmowanym jako pewność tego, że żadna grupa nabuzowanych Arabów wsparta alkoholem mnie nie zaczepi. To też estetyka - nie widzę zataczających się ludzi, nikt nie śpiewa i nie drze gęby wykrzywionym i wzmocnionym przez % głosem, nie mijam siedzących na ławce zakapturzonych dresiarzy z puszkami Królewskiego walająymi się w okolicy. W przejściach podziemnych śmierdzi moczem mniej.



Jestem świadomy tego, że notki są przydługawe. Dlatego kończę na dziś, mimo że nie wyczerpałem wszystkich tematów. Zachęcam do komentowania (nawet pod różnymi ksywkami, proszę o przyjmowanie żeńsko brzmiących nicków) i do odwiedzenia galerii Syria_3 w końcu te wszystkie zdjęcia to dla Was.

W następnych odcinkach o miłości nastolatków, śmieciach, cenach i o Panu Smile-When-Looking-At-Me . To ten po lewej.

Pozdrawiam!

5 komentarzy:

  1. Ciekawe z tym alkoholem. Możliwe, że jest tak, jak piszesz - że to właśnie prohibicja sprawia, że czujesz się tam bezpiecznie i nikt nie drze japy na ulicy.
    A może też być inaczej. W Niemczech można pić alkohol na ulicy w pełni legalnie i też jest bezpiecznie, pijaków na ulicach (prawie) nie ma a ludzie są uprzejmi i przyjaźni.
    W Moskwie można pić każdy alkohol na ulicy i można drzeć się na nieoficjalnych nocnych koncertach w przejściach podziemnych a nikt z moich znajomych (w tym i takich, którzy tu już ponad rok są) nie doświadczył agresji.
    Przydługi nieco komentarz, ale punkt: Związek, który opisujesz na pewno istnieje, ale nie wyczerpuje tematu.
    Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Saper slusznie zwraca uwage. Po naszym incydencie z policja i piwem na poboczu Holenderki byly zdziwione, ze w Polsce picie w miejscach publicznych jest zabronione - u nich nie. Mimo to jest bezpieczniej, duzo. Twoje poczucie bezpieczenstwa moze wyplywac z roznych rzeczy, niekoniecznie z tych, o ktorych pomyslales jako pierwszych (chociaz na pewno zwiazek jest ;) ).
    2. czy Arabki uprawiajace plażing naprawdę plywaly-plywaly w tych chustach i innych sukniach? Czy tylko sie zanurzaly do np. brzucha?
    3. Piekne zdjecia. Szczegolnie podobaja mi sie stosy arbuzow (i przypomina od razu opowiesc Radka, jak na dachu tureckiego domu w promieniach zachodzacego slonca z zajadal ogromne arbuzieta). Tez tak bede! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tym polem minowym to żart, prawda?!

    OdpowiedzUsuń
  4. A, jeszcze zapytam:
    Czy Twoj ksztalcony kolega ma taki sam stosunek do samochodow?
    "Z jednej strony jest mozliwosc szybkiego poruszania sie a z drugiej tragiczne wypadki, niszczenie srodowiska, zawaly serca, decydowanie o losach panstw przez manipulacje cena ropy i korupcja drogowki..."

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie udało mi się wczesniej komentować z jakiś niezrozumiałcyh do końca przyczyn technicznych.
    Bardzo ciekawie i z uśmiechem się czyta!

    Przyślij mi koniecznie kebaba, adres domowy podam mailowo ;]

    OdpowiedzUsuń