Niedziela, Poniedziałek 6 i 7 lipca
Witam. Rozpoczynam bloggowanie z Syrii, a wiedzcie, że wymaga to cierpliwosci, opanowania kunsztu logistycznego i częstego prania koszuli. Uzupelnieniem tresci tu przedstawionych jest album ze zdjęciami na moim koncie na picassaweb. Sa to katalogi oznaczone jako "Syria_X" Link tutaj Już teraz widze, ze zdjecia sa za duze. Jako ze za moment jestem umowiony na kolacje "na miescie" nie poprawie tego teraz. Ale poki co you are welcome
Jako że stracilem wylewny pierwszy akapit z powodu nieopanowania kunsztu logistycznego, skroce go, wybaczie za brak polskich znakow : Wstalem w niedziele 6 lipca 2009 o godz. 06:00 (GMT+1). Noc spędzilem w mieszkaniu mojego brata Grzesia, za wszelka pomoc serdecznie mu dziekuje, niestety okupiona byla pewnymi stratami. Grzes podwiozl mnie na lotnisko, gdzie okazalo sie, ze moje obawy co do nadbagazu byly niepotrzebne. Moglbym przywiezc Arabom dodatkowe 3 litry kwasu chlebowego badz wiecej sekacza. O wodce zapominajac, i tak tym smetnym pol litra zubrowki bede musial oddarowac Austriaka i Hiszpana. Phi. Wylecialem, przylecialem, delikatnie denerwujac sie w momencie startu i ladowania. Solidny Znak Krzyza dodal mi otuchy, zapewnil tez odrobine konwersacji z siedzaca obok Wegierka - pytala sie, czy to moj pierwszy lot i czy jestem wierzacy. Najwyrazniej miala mnie za niezlego ortodoksa po tym, jak powiedzialem, ze staram sie chodzic co tydzien do kosciola. Po przylocie nie chcialem placic 15 USD za zostawienie bagazu na 5 godzin, wzialem wiec laptop ze soba i majac w perspektywie 12 godzin oczekiwania na lot, ruszylem dziarsko w stolice Wegier. Tzn. usiadlem dziarsko, na siedzeniu w autobusie jadacym do centrum.
Budapeszt, oprócz tego, że czysty i zadbany, jest świetnie zorganizowany turystycznie. Na każdym co większym skrzyżowaniu znajduje się stanowisko "Tourist Informafation", w którym dorabiające do wakacyjnej kieszeni licealistki i studentki ze szczerym uśmiechem doradzą Ci i pomogą. Jak się okazało, dziewczyny noszące pomarańczowe koszulki wszczynały rozmowę na temat walorów turystycznych miasta, wręczały mini-mapkę i następnie zapraszały do skorzystania z usług firmy obwożącej turystów busami po mieście.



Okazało się, że budapesztańskie metro posiada tylko 3 linie - nie mamy się sięc czego bardzo wstydzić. Kontrolerzy wbrew oczekiwaniom nie ścigali nastolatków pryskajacych pasażerom w oczy różnymi żrącymi substancjami - po prostu stali w paro osobowych grupach przy każdej bramce na każdej stacji metra. Śmiem podejrzewać, że film "Kontrolerzy" był tylko chwytem marketingowym, mającym na celu zwabić turystów, a następnie wyeksploatować ich z oszczędności pobierając kary za brak ważnego biletu.


Czas płynął wolno, 12-godzinna przesiadka dawała się we znaki. Pomny uwag Kasi o braku zieleni w Budapeszcie postanowiłem udać się do największego parku/ogrodu w mieście, co by nie sfrustrować się betonem zanadto. Wybrałem miejsce, w którego centrum istnieje stacja metra Szechenyl fardas - kompleks ogrodowy zawierający w sobie zamek, bibliotekę i jakiś wielki budynek rządowy. Zasiadłem wygodnie pod drzewem, zmrużyłem oczy na czas jakiś i byłem owiewany wiatrem. Strasznie mi doskwierał nieszczęsny laptop, dźwigany z powodów oszczędności. Chwilę po tej konstatacji sięgnąłem po neseser, otworzyłem tylną kieszonkę i oczom moim ukazało się jakieś 200 kartek A4 ze slajdami i moimi notatkami z jedynego wrześniowego przedmiotu - SWUS. Ważyło to pewnie bez mała pół kilograma, zaśmiałem się przypominając sobie, jak to zostawiłem u Grzesia Brata kabelek USB do aparatu i mini-statywik (z 8 cm wysokości), pełen obaw przed nadbagażem. Materiały trafiły do stylowego, budapesztańskiego kosza na śmieci, ja zaś począłem zgłębiać tajniki mowy arabskiej, chcąc osiągnąć przynjamniej stopień pewnego witania się i żegnania z Arabami bez mylenia zwrotów.



Z lotu trwającego 3,5 godziny pamiętam tylko nieustanne próby zaśnięcia, zasłaniałem sobie twarz kapturem z bluzy. Sąsiad okazał się być Irakijczykiem pracującym w Szwecji, z minimalnym angielskim, poprowadził mnie trochę przez zawiłości arabskiego, cierpliwie zwracał uwagę na najbardziej rażące błędy w moim al salaam-alaykum(powitać z Boga pomocą), czy też sabah al-kHayr (dzień dobry rano). Swoją drogą zastanawia mnie, czemu w polskim brak odpowiednika good morning , Guten Morgen. Jakieś sugestie?
Wbrew moim prośbom, o 03:46 AM na lotnisku czekał Arab z karteczką "Michal Siemionczyk Damascus University". Co ciekawe, czekał już w rękawie, przez który przechodziło się z samolotu na teren lotniska. Mimo, że moja praktyka miała się odbyć w Tishreen University w Lattakii, zgłosiłem się do niego. Okazało się, że facet ma jakieś chody, bo kiwali mu wszyscy żołnierze/pracownicy lotniska, sprawnie (jako pierwszy) dostałem pieczątkę pod wizę, odebrałem bagaż i znalazłem się w jego pojeździe - autobusie. Facet był mało rozmowny, nie umiał nic angielskiego, przez chwilę próbowałem go rozbawić wyczytując z przewodnika takie zwroty jak kam kilometre?(ile kilometrów, proste) czy kayf il'ayli? (how is your family?). Z tego, co wnioskowałem z rozmowy, chciał mnie wieźć do Aleppo, ale powiedziałem mu, że mam być w Latakii, zadzwonił gdzieś i powiedział, "Latakia OK". W to mi graj, wyłożyłem się wygodnie i próbowałem zasnąć. Ale gdzież tam - zatrzymał się po 15 kilometrach w centrum Damaszku przy stacji autobusowej. Wyszedł ze mną, spytał się o drobne, jako że nie miałem jeszcze waluty, dałem mu 10$. Po przejściu przez skaner bagażu i osobowości, obskoczyło mnie 10 Arabów i chciało sprzedać bilet na autobus. Jeden przytomnie zapytał z angielska where, Sir , rzuciłem niedbale "Lattakia", tłumek się ożywił i zaczął rzucać cenami, z tymże po arabsku. I znowu jeden bystrzak rzucił five hundred liras, Sir. Zaczęli się licytować, w końcu mój przyjaciel Arab wybrał tego, co zaproponował two hundred liras (1 USD = 50 liras, dla uproszczenia). Mój przyjaciel wybrał go, pożegnał się i zwiał mi z 6 dolarami.
Siedziałem sobie w mini-biurze z wielkim portretem Pana Prezydenta Baszara al-Assad'a i nie ogarniałem. Dziewięciu dziesiątych. Szczęściem pojawiła się dziewczyna, która leciała w samolocie, pełen nadziei zagadałem ją, czy zna angielski, powiedziała, że tylko niemiecki. W to mi graj ponownie, poprosiłem ją o to, żeby poinformowała mnie o godzinie wyjazdu i momencie, w którym mamy wysiąść w Lattakii.

Podróż trwała 4,5 godziny, kosztowała 4 dolary (w moim wypadku 10, ale to nie wina przewoźnika. Przynajmniej nie tego, który zarządzł autobusem. Za oknami pustynie, wschodzące słońce, pasące się zwierzęta i zaczątki szalonego, syryjskieg ruchu drogowego.



Na miejscu zostałem przywitany przez Rubę - mówiącą po angielsku prezes lattakijskiego IAESTE oraz panią, której imię tak bardzo nie przypomina żadnego słowa w znanych mi językach, że nieustannie go zapominam - w każdym razie jest to pani koordynatorka praktyk na uniwersytecie Tishreen w Lattakii. Potem kilka godzin na załatwianie spraw jeżdżenie autobusem z Rubą celem wymiany pieniędzy (1 USD = 46 SYP. Zwracam uwagę, że pomimo tego, że pieniądze nazywają się funtami syryjskimi, większość i tak nazywa je lirami.) i załatwienia mi zdjęć do karty, poznanie Austriaka Christophera, współlokatora Turka Umuta oraz 15 Alich, 15 Mohametów i 3 Abdullahów z Egiptu. Cięzko mi się poznawało dziewczyny, ograniczałem się tylko do salaam alaykum, ismi Miszel Niestety, większość z nich nie mówiła po angielsku, nli e bit . Prawdopodobnie niesłusznie dystansowałem się widząc ich szczelne hadżaby (nie znają tu irańskiego i polskiego określenia na te chusty - czador).Oprócz Egipcjanek, poznałem kilka Sudanek i Palestynek - dwie z tych ostatnich miały hadżaby całkowicie zakrywające twarz - tylko dwie małe dziurki na roześmiane oczy - przywodziło to na myśl dziecięce zabawy w duchy.


Internetu w pokoju brak. Na chwilę obecną (czwartek) wiem już, że jest ogólnodostępny internet w biliotece, ale zaprawdę, szybciej Ali pójdzie i wróci z Mekki, niż ja uploaduje za pomocą tego lącza 50MB zdjęć. Niedaleko jest niezła kafejka "No Proxies" - 40 SYP za godzinę (Mniej niż dolar), łącze nie pozostawia nic do życzenia.
Byłem strasznie niewyspany, szkodził mi pierwszego dnia bardzo entuzjazm tych zastępów Egipcjan, przekrzykujących się wzajemnie na mój widok you're welcome, Majkel! , czułem rozdrażnienie. (Tak Kasiu, nawet ja ;)) Jednak okazało sie, że ci ludzie bardzo mi pomogli - poszli ze mną ma obiad, wydelegowali bardzo sympatycznego Ahmeda do pomocy mi w znalezieniu SIM karty i zrobienia zakupów. Niesamowicie uprzejmy i cierpliwy, spędził ze mną w mieście ze 2 godziny (zostawiłem telefon w sklepie i trzeba było wracać). Oni tak chyba po prostu mają, że oferują wiele za nic.


Na koniec dnia nie darowałem sobie możliwości pogadania z Sheriffem - bardzo inteligentnym i obytym Egipcjaninem, co to w Kanadzie mieszka i studiuje tam medycynę i zaznaje Koranu. Sprowokował mnie pytaniem "Why christian God sent God to kill God to satisfy God?" Powiedziałem w charakterystycznym mi, niemedialnym (jak to określiłby Dominik) i zaplątanym stylu, że w tym tkwi tajemnica, że to jest rzecz, którą się rozważa, że nie traktuje dosłownie, bo Trójca jest niepojęta, że to wyraz bezgranicznej miłości Boga do ludzi, że będąc wszechmogącym pozwala Synowi umrzeć (zabijając siebie), że tego się nie da zrozumieć, ale... w tym momencie najwyraźniej trafiłem w czuł punkt, bo stonowany i elokwentnie prowadzący dyskusję Sheriff wybuchnął i przerwał mi :
- Właśnie! Wy nie próbujecie zrozumieć! Cotygodniowe, przygotowane przez kapłanów msze są uzupełniane przygotowanymi kazaniami, zawierającymi gotowe rozwiązania i toki myślowe. Zinstytucjonalizowanie Kościoła odbiera Wam samodzielność i Wasza wiara bywa płytka i bezrozumna. U nas (w islamie) każdy sam konfrontuje swoją inteligencję, aparat poznawczy z Koranem, bez pośrednictwa sam musi poznać Słowo Objawione. [...]
Zgodziłem się z nim, ale zacząłem podawać przykłady słuszności istnienia instytucji, które mogą pomóc w zrozumieniu miłości Boga. Trwało to i trwało, ostatecznie okazało sie, że mówimy o tym samym, z tymże ja nie zdążyłem przed jego wybuchem powiedzieć, że próby zrozumienia są wg mnie bardzo potrzebne - po prostu wiem, że nie zrozumiem rzeczy tutaj, na łez padole, co wcale nie zwalnia mnie z obowiązku szukania i próbowania. Z obserwacji jednak widzę, że wielu katolików zrzeka się tego obowiązku, kultywują tradycję. Pogodzeni, zadowoleni, poszliśmy spać, życząc sobie przejścia na swoje wyznanie.
Wtorek, 7 lipca
Rano poszedłem na uniwersytet. Zgubiłem się. Sądzę, że i Wam by się to przytrafiło, mając za drogowskazy tabliczki widoczne poniżej. Mimo wszystko palmy na drodze akademik-uczelnia cieszą. Cieszy też zażarta akcja marketingowa lattakijskiego IAESTE.



Na uniwersytecie zostałem przedstawiony panu doktorowi, który dzielnie sprechał po niemiecku - był to szef departamentu, w którym miałem mieć praktykę. Uwziął się na mnie z tym niemieckim, naprawdę nie miałem ochoty na ten język. Częściowo uratował mnie Christopher, który siedział w tym gabinecie - na niego też była kierowana uwaga. Podwładni i znajomi pracownicy naukowi starali się wykorzystać sposobność powiedzenia mi welcome to Syria do granic możliwości. W efekcie posiedziałem tam 3 godziny, nawiązałem kontakt z kilkudziesięcioma ludźmi i biuro miało być zamykane. Nacisnąłem na szefa, że nadal nic nie wiem o swojej praktyce. Wtedy on klepnął się w czoło i zawołał doktora Ali Ali - człowiek ten napisał doktorat w Polsce, na moim Wydziale, mówi dobrze po polsku. Zbawienie czaiło się za rogiem. Umówiliśmy się na jutro na 12:00 na dyskusję na temat mojej praktyki.

Chcąc coś zjeść, wybrałem się z Christopherem, Rolando i Sheriffem do centrum. Lattakijczycy czują pismo nosem, kiedy idziesz ze swoją biała facjatą, w kowbojsko-rybackim kapeluszu, w sandałach, szortach i z futerałem aparatu przewieszonym przez ramie, a kroku dotrzymuje Ci dwóch takich podobnych Tobie, widzą, że jesteś obcy. adżnabi . A gapią się! Mimo że Lattakia miala być ponoć najbardziej liberalnym i nowoczesnym miastem (w końcu port, marynarze przywozili żonom wieści z Europy i seksowną bieliznę), zwracamy na siebie uwagę. Zresztą nie specjalnie się też kamuflujemy :


Widok tego, co się dzieje na ulicach w Latakii, chwyta za serce. Śmieszno i straszno. Nie widziałem żadnego przejścia dla pieszych, żadnej zebry, za to widziałem odrapania, odpryski i wgniecenia na zderzakach i drzwiach bocznych niemalże każdego samochodu. Ludzie przebiegają przez ulice, samochody nierzadko w ogóle nie zwalniają - gdyby taki delikwent się przewrócił, w najlepszych wypadku zostałby przejechany, w najgorszym powstałby karambol. Wszyscy nieustannie trąbią. Ma to inne znaczenie niż w Polsce, bardziej chodzi o to, żeby dać ludziom znać o sobie, bądź zwyczajnie pozdrowić się wzajemnie i czuć częścią maszyny ruchu drogowego. Podobna konfuzja dotknęła mnie, kiedy pedałowałem sobie przez Rumunię i Bułgarię - ryk klaksonu z tyłu początkowo wprawiał mnie w osłupienie. A nuż wypadł mi bagaż, a może któryś z kolegów jadących wespół został tyłu potrącony i krwawi obficie, a może jadę środkiem drogi? Gdzie tam, to po prostu takie samochodowe "cześć". Nic z tych rzeczy w stylu gdzie-jedziesz-baranie-kto-ci-k****-dał-prawo-jazdy-no-na-pewno-baba-jedzie.


Na obiad wydaliśmy po 5 dolarów na kebaby. Ale były to kebaby podane na 5 półmiskach każdy. Zostawiłem najmniej na talerzu, bo jakieś ćwierć tego dania.
W skład tego posiłku wchodziły : dip sezamowo-serowy, obficie zroszony oliwą, półmisek "hardcore'u" (ostre papryczki i kiszone ogórki), talerzyk z pitami do maczania w dipie, talerz główny składający się z mielonego mięsa baraniego, pieczonych pomidorów, cebul i papryczek, mięty, cebuli umoczonej w sosie paprykowym oraz pit przełożonych tymże sosem oraz ostatecznie talerz z sałatką warzywną.


Kolejną częścią wieczoru było wędrowanie po Lattakii w celu kupienia kilku pierdół, ale też zwyczajnie pokręcenia się trochę. W trakcie wędrówek wstąpiliśmy do minaretu (ang. mosque?), gdzie byliśmy świadkami śpieewu muezina wzywającego muzułmanów do jednej z pięciu codziennych modlitw. Muezin wzywa wiernych, ale nie muszą oni przyjść do minaretu, mogą pomodlić się tam, gdzie są. W praktyce mało kto robi to w momencie wskazanym przez śpiewaka (który swoją drogą śpiewa z 15 minut). Moim tutejsi znajomi sami dobierają sobie pory modlitw, no bo kto w końcu będzie wstawał pomiędzy brzaskiem a wschodem słońca. Nagranego przeze mnie fragmentu tego śpiewu możecie posłuchać o tutaj. Pytaliśmy Sheriffa, czy nie ma problemu z tym, że mam krótkie spodenki, zarzekał się, że nie. Mimo wszystko siedzącemu w plażowych szortach Rolando została zwrócona uwaga, mi w końcu też. Uwagę zwracali co starsi i zapewne ortodoksyjni muzułmanie, wezwani na modlitwę. Dało się to znieść, gorszym problemem było to, że strasznie przyciągaliśmy uwagę dzieciarni, która miast modlić się, zaczęła witać nas w Syrii. Postanowiliśmy wyjść, co by nie rozpraszać niczyjej uwagi.







W pewnym momencie zaczepił nas pewien pan, wskazując na mnie :
- Where are you from ?
- From Poland Sir, salaam alaykum.
- Dżeń dobry, jak śje masz - odpowiedział pan, wskazał palcem na Rolando.
- And where are you from?
- From Spain.
- Hey, Senior - odpowiedział Rolando, wskazał palcem na Christophera.
- And where are you from?
- Ich wohne in Ostereich - Chris chciał być sprytniejszy.
- Guten Abend, mein Freund, wie geht es?
To, że zna arabski, nie ulegało wątpliwości. Pan przedstawił się jako emerytowany nauczyciel angielskiego, mający swój mały bookshop gdzieś dalej, zaprosił nas na przejażdżkę po mieście i do swojego przybytku. Przystaliśmy.

W trakcie podróży kilkukrotnie wyraził nadzieje, co do pozytywnego odbioru Syrii przez nas, rozgadał sie, włączył jakieś tutejsze, folkowe nuty. Dojechaliśmy do jego bookshopu. Przedstawił nas kręcącemu się w pobliżu właścicielowi budynku, zamówił u niego kilka kaw. Wpuścił nas do środka.
Okazało się, że sklepik jest swojego rodzaju małą graciarnią, pełną plakatów pana prezydenta Baszara Al-Assada i jemu podobnych, jakieś artykuły papiernicze, rybki. Właściciel przyniósł wszystkim pyszną kawę (oni coś do niej dodają, mama i Kasia z moich opisów twierdzą, że kardamom, ale arabowie nie znają tej nazwy).



Zaprezentował swoją kolekcję zdjęć. Okazało się, że pracował przez jakiś czas w Niemczech, był parę razy w Madrycie, służąc w wojsku stacjonował z polskim kontyngentem w górach Golan. Trochę podróżował, większość podróży była związana z nauczaniem angielskiego. Powiedział, że jest bardzo szczęśliwym muzułmaninem, chce w swych podeszłych latach podzielić się swoim szczęściem z nami i życzyć nam podobnych doświadczeń. Ponoć w naszym wieku już wiedział, jaką drogą chce podążać (tzn. wiara, rodzina, podróże, nauka). Jak mówił, udało mu się ten plan zrealizować w 100%. Okazało się, że jest bardzo zadowolony z obecnego rządu, bardzo chwalił sobie osobistość wiecie-juz-chyba-kogo.
- Ach, pan prezydent, jest wspaniały! Ukończył doktorat w Anglii (medyczna dziedzina dotycząca oka, nie pamiętam nazwy), wygląda na takiego intelektualistę, czyta poezję, często chodzi do teatru i na różne performance, dobry syn ojca!
W międzyczasie na stół wbiegł karaluch wielkości myszy, mógł mieć z 8cm długości. Nieprzejęty, gospodarz rzucił w niego czymś, nie trafił, karaluch szybko zwiał. Rozmowa zeszła na Hezbollah . Obecnie jest to większościowa partia polityczna w Libanie, a przy okazji organizacja paramilitarna, przez USA i podobne traktowana jako organizacja terrorystyczna. Zasłynęli tym, że powstali jako pospolite ruszenie w czasach wypędzania Palestyńczyków z terenów przejmowanych przez Izrael. Charyzmatyczny przywódca (ponoż również intelektualista i pełna empatii postać) zebrał wokół siebie kilku twardzieli i ostrzelali kilkanaście wiosek, naturalnie ze śmiertelnymi skutkami. Pan gospodarz jest spokojny, skoro przejęli Strefę Gazy (a przejęli ostatecznie? kurczę, brak internetu i wikipedii czasami mi doskwiera), przejmą w końcu wszystkie ziemie. Słusznie zostało zauważone, że problem palestyńskich uchodźców to tylko symbolicznie problem skrzywdzonych, arabskich, pomniejszych braci (Palestyńczyków), za którymi murem stają ich starsi i więksi bracia, jak Syria, Jordania, Liban, Iran, Irak, czy Egipt (Egipt właściwie pertraktuje z Izraelem, przez co powstają napięcia). Problem jest natury ekonomicznej - kilka milionów uchodźców ciężko jest ulokować w kraju, w którym brak jest pracy, wynagrodzenia są niskie, a rząd woli chomikować większość przychodów w dobrych bankach. Pan gospodarz nie zgodził się z tym - wg niego chodzi tu o zwyczajną sprawiedliwość.
Pan dobrodziej-gospodarz zaproponował nam, żebyś wpadli jutro i on nam pomoże w organizacji fajnej wycieczki w okolicach Lattaki, np. do fortecy Krzyżaków Qala'at Saladin
Na zakończenie, dostaliśmy po plakacie pana-wiecie-którego, plakacie pięknej tureckiej aktorki (Noor), plakacie przedstawiającym charyzmatycznego przywódcę Hezbollahu oraz po fladze tej paramilitarnej/terrorystycznej (skreślić niewłaściwe) organizacji. Sheriff odmówił, twierdząc że gdyby pojawił się z tą flagą wystającą z plecaka na lotnisku w Egipcie, zostałby aresztowany. Najwyraźniej petraktacje Egiptu z Izraelem są na całkiem wysokiej płaszczyśnie.

Dobranoc wszystkim!
Jakiekolwiek uwagi, poprawki, komentarze są mile widziane. Ależ zgłodniałem od tego pisania.
Ty lepiej wracaj do nas szybko a nie się po świecie szwędasz-żaba :*
OdpowiedzUsuńWspaniala notka. Czekam na kolejne. Kaz
OdpowiedzUsuńHehe, powienies zostac pisarzem-podroznikiem. Ciekawo ciekawo, niestety ja sie pakuje wlasnie, bo o 5:50 samolot do Belgradu, wiec ahoj przygodo;) Dokoncze czytanie chyba nie wiem kiedy, jak wroce z Serbii;p
OdpowiedzUsuńJesteś moim okienkiem na ten wschodni egzotyczny swiat. Chłoń i opisuj!
OdpowiedzUsuńech Bracie
OdpowiedzUsuńprzed maturą to byś mi się przydał, teraz... chociaż dobrą kawę i ciekawe zdjecia przywieź! ;)
hmm ja tylko w małej sprawie,że hidżab to hidżab a czador to zupełnie co innego.
OdpowiedzUsuńA ogólnie strasznie przyjemnie się czyta. Gratuluję talentu!